Uprawnienia
       
        Organizacja
       
        Prawa konsumenta
       
        Sąd konsumencki
       
        Rzeczoznawcy
       
        Mediacja
       
        Práva spotřebitele
       
        Aktualności
       
        Ciekawostki
       
        Galeria "osobliwości"
       
        Kontakt
       
        ŚLĄSKI ZNAK JAKOŚCI
       
    STRONA GŁÓWNA
       
       
    UOKiK
     



 
 




 

 

Ciekawostki

Ale jaja...


S, M, L czy XL, to klasy wagowe jaj kurzych dostępnych na rynku.
O rodzaju powyższej klasy informuje nas producent podając ją na opakowaniu.
Mamy więc duży wybór... ale czy na pewno?
Wyniki kontroli przeprowadzonej w ostatnim czasie przez Inspekcję Handlową w Katowicach pokazują, że z tym wyborem to różnie bywa...
Kontrolne przeważenie jaj wykazało, iż producent umieszczał na opakowaniu informację o klasie wagowej XL, a do pudełka pakował jaja z klasą L, albo deklarował klasę L, a w środku były jaja klasy M.
Podobnie wygląda sprawa stosowanego nazewnictwa.
Na przykład nazwa „Wsie jaja" przywodzi nam na myśl zieloną wieś i „szczęśliwą" kurę, która jednak, jak wynika z opisu na tym samym opakowaniu, w rzeczywistości znosi jaja w zatłoczonej klatce...albo nazwa „10 mega jaj" sugerująca, że w opakowaniu są jaja w najwyższej klasie wagowej XL także okazuje się dość myląca, gdyż na wytłoczce znajduje się informacja o klasie wagowej L...

Najwyraźniej ktoś tu sobie robi ...jaja!

                                                                                                         Katowice, 01.09.2010 r.


 

Lody


Upalne lato daje się nam porządnie we znaki.
Szukamy więc ochłody, a najlepsze dla ochłody oczywiście są lody.
Na gałki, z automatu, na patyku i w pudełku, owocowe, waniliowe czy wielosmakowe, możliwości jest wiele...ale kiedy znudzą nam się mieszanki owocowe czy waniliowo- czekoladowe zawsze można sięgnąć po lody „śmietankowo-śmietankowe". Po takie sięgnęli właśnie inspektorzy Inspekcji Handlowej w Katowicach podczas kontroli prawidłowości oznakowania i przechowywania lodów.

Hm... z pewnością smakują inaczej niż lody śmietankowe...

                                                                                                   Katowice, 16.07.2010 r.

Golonka


A raczej „porządne golona" można zamówić w pewnej katowickiej restauracji.
W karcie menu próżno szukać ich gramatury, ale rachunek uchyli rąbka tajemnicy...
Ową tajemnicę odkryli inspektorzy Inspekcji Handlowej w Katowicach, gdy na rachunku za zamówione dania w pozycji dwóch porcji golonek widniała waga 2kg!
Dalsze czynności kontrolne, w tym przeważenie owych golonek, wykazały, iż łączna ich waga wynosi
około ...80 dkg! Tym samym rachunek został zawyżony o bagatela ponad 70zł!
Stwierdzono także niedomiary wódki nawet w ilości 20ml do 80 deklarowanych.
Pomyłka? Roztargnienie?

Jedno jest pewne, to nie „porządne golona" tylko „porządne golenie" portfela.

                                                                                                 Katowice, 28.04.2010 r.


Co w składzie piszczy...

Wszelkiego rodzaju produkty spożywcze muszą być odpowiednio oznakowane.
Bardzo ważnym elementem tegoż oznakowania jest skład wyrobu.
Konsument ma prawo wiedzieć co je i co kryje się np. pod nazwą „parówki z drobiu" czy „pasztetowa drobiowa".
A co w składzie piszczy sprawdzali inspektorzy Inspekcji Handlowej w Katowicach.

I tak oto „ parówki z drobiu" zgodnie z opisem na opakowaniu, to tylko 14% mięsa z kurcząt i aż 57% MOM czyli mięsa oddzielonego mechanicznie, które w rozumieniu obowiązujących przepisów mięsem nie jest.
Warto wiedzieć, że MOM, to produkt uzyskany w wyniku mechanicznego usunięcia reszty tkanek przylegających do kości, po oddzieleniu od nich mięśni.
Zobaczmy jeszcze na skład pasztetowej: tłuszcz drobny, woda, skórki drobiowe, MOM, wątroba drobiowa...no dobrze, ale co to za tłuszcz i w jakiej ilości występują wykazane składniki?
Kolejność w jakiej zostały wymienione sugeruje, iż w owej pasztetowej najwięcej jest tłuszczu i wody, a gdzieś na szarym końcu wątroba drobiowa...

W obu przypadkach zwrócono się o wyjaśnienia do producentów, a o stwierdzonych nieprawidłowościach poinformowano właściwe organy.

 

                                                                                                     Katowice, 03.02.2010 r.


„ Ja tu towar sprzedaję..."


No właśnie, w tym cały szkopuł.
Na pozór normalny kiosk spożywczy: nabiał, warzywa, owoce...
Jednak to co zobaczyli Inspektorzy Inspekcji Handlowej zaglądając tam, gdzie wzrok konsumenta nie sięga wprawiło ich w osłupienie. Brudne ściany oblepione pajęczynami i kurzem, brudny sufit, podłogi, regały i lodówka, ziemniaki wysypane bezpośrednio na podłogę pod ladą, skrzynki z owocami i innymi warzywami także umieszczone bezpośrednio na podłodze, pozostałe towary wymieszane i byle jak upchnięte na regałach. W kiosku nie ma dostępu do wody.
Niektóre towary znajdowały się na zewnątrz kiosku: oprócz jabłek także masło jogurty, serki i sałatki! Ale to jeszcze nie wszystko!
W skrzynce z bananami zawieruszyła się reklamówka z... butami. Jak to możliwe?
Pokaźna kartka widniejąca na szybie kiosku z napisem: „ naprawa obuwia punkt przyjęć" zdaje się wyjaśniać to zjawisko.
Dorzućmy jeszcze wagę bez ważnych cech legalizacji, prawie całkowity brak cen na towarach i mamy pełny obraz kiosku przy jednej z chorzowskich ulic.

Właściciela ukarano mandatem w wysokości 500 zł, a o istnieniu opisanej placówki poinformowano sanepid.

Brak słów...
                                                                                                     Katowice, 26.11.2009 r.














Biznes plan

Aby interes się kręcił bez wątpienia potrzebny jest dobry plan - biznes plan!

Właściciel pewnego baru w Dąbrowie Górniczej taki plan sobie stworzył, że interes się kręcił i kręcił coraz bardziej... „ na lewo", i kręcił by się nadal gdyby inspektorzy Inspekcji Handlowej w asyście funkcjonariusza policji nie postanowili  do owego lokalu zaglądnąć.
Około 6:00 rano pozorując konsumentów dokonali zakupu kontrolnego wódki, aby zobaczyć co oferuje się pracownikom Huty Katowice wychodzącym z nocnej zmiany.
Jak się okazało właściciel baru nie posiadał zezwolenia na sprzedaż napojów alkoholowych, a na alkohol, który znajdował się na stanie zakładu nie przedstawił żadnych faktur.
12 butelek  0,5l  wódki 40% zakupił od nieznajomego mężczyzny na targu w Dąbrowie Górniczej natomiast 961 butelek i puszek piwa kupił w placówkach detalicznych na terenie wspomnianego miasta.
To jednak nie wszystko, kontrola wykazała, że skarbowe znaki akcyzy na butelkach z wódką są zafałszowane podobnie jak sama wódka, której moc z 40% spadła do ok.36%.
Kwestionowany towar został zabezpieczony przez Policję, o wynikach kontroli zostanie poinformowany Urząd Miasta oraz Urząd Skarbowy a do Komendy Miejskiej Policji w Dąbrowie Górniczej skierowano zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa.

Wygląda na to, że interes się... zakręcił.

                                                                                                 Katowice, 21.09.2009 r.


Sezon na turystę!


Ustroń, Szczyrk czy Wisła to urocze zakątki naszego województwa, gdzie nie brakuje amatorów letniego wypoczynku i górskiej turystyki.
Do beskidzkich barów i restauracji zajrzeli inspektorzy Inspekcji Handlowej aby dyskretnie zobaczyć jak dba się o konsumentów.
Oj, dba się, dba...
Na turystę czekały  niedoważone porcje mięsa, frytek czy surówek, dania sporządzane z przeterminowanych surowców, które leżakowały w zamrażarkach cały rok a czasem ponad 2 lata!
Nie zabrakło także drinków z dużymi ubytkami alkoholu nawet do 25 ml na 100 deklarowanych czy soków, które w rzeczywistości były nektarami...
Na szczególną uwagę zasługuje „pstrąg z potoku", który okazał się pstrągiem hodowlanym   i w potoku nigdy nie pływał, a na talerz trafił po wcześniejszym rozmrożeniu.
Na koniec klient otrzyma zawyżony rachunek, z którego wynika, że właśnie skonsumował „ dania barowe" i zapłaci więcej niż faktycznie się należy nawet o 10zł!

Oto prawdziwy sezon na turystę!
Skończyło się na mandatach i wnioskach do sądu o ukaranie za oszustwa.

Byle do ...lata !

                                                                                                      Katowice, 17.08.2009 r.


 

„Wina, wina, wina dajcie..."


 „Uwaga rozdajemy wina!!! Już dziś zapytaj sprzedawcę o promocję 1+1 gratis!!!"
Taki napis widniał w jednym ze sklepów spożywczo-monopolowych na terenie Bytomia.
Podobną informację mogli przeczytać klienci drugiego sklepu znajdującego się na tej samej ulicy, a także inspektorzy Inspekcji Handlowej, którzy pod koniec maja przybyli na kontrolę  do obu placówek.
Ustawa o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi zabrania na obszarze kraju reklamy i promocji napojów alkoholowych z wyjątkiem piwa, którego reklama i promocja jest dozwolona pod określonymi warunkami.
Pełnomocnik właścicieli kontrolowanych sklepów kategorycznie twierdzi, że wina nie były sprzedawane w  promocji lecz w zestawie tzn. 2 wina w jednej cenie!
Ciekawe rozwiązanie problemu!
Jednak  na regale z winami wyraźnie jest napisane o promocji 1+1 gratis, ani słowa o zestawie.
„Winną" sprawę przekazano Komendzie Miejskiej Policji w Bytomiu.

                                                                                                       Katowice, 10.06.2009 r.



„ Radosna twórczość” 


Na początku maja przeprowadzono kontrolę w jednym z hipermarketów na terenie Katowic. Pod lupą inspektorów znalazło się głównie pieczywo i oliwa z oliwek.
Jak wynika z ustaleń kontrolnych bułka grahamka nie zawsze jest grahamką, a do żytnich kajzerek …„zabrakło” żytniej mąki… Nieświadomym konsumentom oferowano bułki „grahamki”, do produkcji których nie użyto nawet szczypty mąki graham. Po co? Wystarczy mąka pszenna, pszenne otręby i mamy… grahamkę.  Do kajzerki dosypie się 11% żytniej mąki i już jest żytnia bułeczka.
Cóż za oryginalna receptura!
Do kompletu dodajmy jeszcze oliwę z oliwek  „ o charakterystycznym owocowym pikantnym smaku(…)”, która „(…)jest doskonałym dodatkiem do sosów sałatkowych” i „ nasyci Waszą kuchnię absolutnie szczególnym smakiem”, bo „(…) to prawdziwa kulinarna przyjemność i skarb dla zdrowia”.
Oliwa jak oliwa jej właściwości są powszechnie znane, a podany rodzaj klasy mówi sam za siebie.  
W obu przypadkach „ radosną twórczością” zajął się tut. Inspektorat, który oczekuje na wyjaśnienia ze strony producentów.

                                                                                

                                                                                                         Katowice, 26.05.2009 r.


" Kebab dla ptaków" 


Kebaby robią w Polsce zawrotną karierę. Znamy już kebab, kebab drobiowy,a ostatnio   pojawiła się nowość…. „ kebab dla ptaków ”! Inspektorzy Inspekcji Handlowej w Katowicach odkryli go podczas kontroli przeprowadzonej  w lokalu gastronomicznym na terenie Gliwic. Dokonując zakupu kontrolnego 1 porcji kebabu i 1 porcji kebabu drobiowego na kwotę 20zł stwierdzono brak jego  ewidencji w kasie fiskalnej co wytłumaczono awarią tejże kasy. W kontrolowanej placówce znajdowało się 30 kg mięsa wieprzowo – wołowego do produkcji kebabu oraz 3 kg filetów z kurczaka do kebabu drobiowego bez żadnych oznaczeń handlowych. Właścicielka lokalu nie potrafiła  przedstawić faktur na przedmiotowe mięso twierdząc, że zaginęły…
To nie wszystko, w chłodziarce, gdzie przechowywano surowce przeznaczone do produkcji, Inspektorzy znaleźli 4 kg okruchów mięsa pieczonego kebabu! Jak wyjaśniono, owo „znalezisko” służy do karmienia ptactwa
O sprawie poinformowano Urząd Skarbowy oraz sanepid.
 

A swoją drogą, ciekawe jaki sos preferują „skrzydlaci konsumenci”?

                                                                                                          Katowice, 2.04.2009 r.   


„Jarzynowy papieros”


W pewnym sklepie spożywczym w Świętochłowicach pojawiły sięjarzynowe papierosy”. Na czym polegał ich fenomen? Mianowicie na tym, że były sprzedawane na sztuki, w cenie 40 gr. i jak wynika z paragonu kupując papierosa płaciliśmy za … jarzynę!Tym faktem,  Inspekcję Handlową w Katowicach zainteresował klient owego sklepu.Przeprowadzona w powyższej placówce kontrola wykazała ponadto, że sprzedawane luzem papierosy pochodziły z paczki - 20 szt., na której widniała cena max. 6.65 zł ,a to oznacza, że cena pojedynczego papierosa została zawyżona, gdyż za całą paczkę musielibyśmy zapłacić 8 zł.  Czysty zysk? Raczej przydymiony…

„ Jarzynową” sprawą zainteresował się  Urząd Skarbowy a sprytna sprzedawczyni odpowie przed sądem za wykroczenie polegające na naruszeniu przepisów art.6 pkt 4 ustawy z 9.11.1995 o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych ( Dz.U. 1996 Nr 10, poz.55 ), które zakazują sprzedaży papierosów na sztuki.

                                                                                                           Katowice, 5.03.2009 r.


„Szklany dodatek do sałatek”


Sałatki w każdej postaci, łagodne i ostre, smaczne i smaczniejsze, to świetne dodatki na wykwintne kolacje i domowe obiadki.
Pewna konsumentka z Bielska – Białej zakupiła w sklepie słoik sałatki z czerwonej kapusty. Przekładając sałatkę do salaterki zorientowała się, że kapusta zawiera „ niezwykłe” dodatki w postaci dwóch dużych odłamków szkła!Prawdopodobnie szkło pochodziło ze stłuczki innego opakowania w zakładzie produkcyjnym.W związku z powyższym skargę konsumentki przekazano do Inspekcji Jakości Handlowej Artykułów Rolno – Spożywczych w Poznaniu, aby „ przyjrzała się” producentowi z Leszna. 

                                                                                                       Katowice, 5.03.2009 r. 

 

czerwona kapusta i jej szklany dodatek


 

„ Cuda ekologii”


 

Wszyscy lubimy dobrze zjeść, i coraz częściej zależy nam na tym, aby to co jemy było zdrowe.

W dobie panowania na sklepowych półkach żywności „ faszerowanej” czy napromienianej szukamy tego co naturalne, prawdziwe i bez konserwantów.

Naprzeciw  naszym oczekiwaniom wychodzi rolnictwo ekologiczne.

Czy to coś nowego?
Nie, to po prostu powrót do normalnego gospodarowania zgodnegoz odwiecznymi prawami natury.

Jednak właściwości produktów rolnictwa ekologicznego, o czym zapewniają nas producenci, wydają się być nowe, dotąd niespotykane…

I tak oto: „ dzięki zastosowaniu masielnicy masło posiada wspaniały, najbliższy naturze smak”, „ ekologiczne mleko kozie z Beskidu Niskiego charakteryzuje się wspaniałym smakiem oraz pełną wartością odżywczą. Latem niesie zapach pełnych ziół górskich łąk, później woń siana z nich zebranego”, a ser kozi „ posiada zapach pasterskich szałasów”.

Brzmi ciekawie, ale jakoś tak … nienaturalnie.

„Cudami ekologii” zainteresowali się także inspektorzy naszego Inspektoratu podczas prowadzonych kontroli żywności ekologicznej. Najlepiej niech masło będzie masłem, mleko mlekiem, a ser serem - o nic innego nie chodzi.

                                                                                                  

                                                                                                      Katowice, 22.01.2009 r.



100% masła w maśle i krowie mleko z kozą w tle…


Już przerabialiśmy zawartość cukru w cukrze, teraz mamy masło maślane.
Jeden z przedsiębiorców na opakowaniu swojego wyrobu zapewnia konsumentów, że jego masło to naprawdę masło, całe 100%. Jednak na tym samym opakowaniu podana jest  zawartość tłuszczu, uwaga: całe 82%! No więc jak to jest z tym masłem?
A no tak, że zgodnie z prawem masło żeby było masłem musi zawierać od 80% do 90%  tłuszczu mlecznego.
Z tego wynika, że w tym konkretnym przypadku mamy do czynienia z masłem, które z pewnością nie jest bardziej maślane od innych dostępnych na rynku. 

Na koniec jeszcze parę słów o pewnej kozie, która stała się krową . Jak to możliwe?
Na etykiecie butelki z mlekiem producent napisał: „krowie mleko”, a obok umieścił rysunek kozy.
Krowie czy kozie - oto jest pytanie? Ten się tylko dowie… kto zje na śniadanie. 

                                                                                      Katowice, 8.12.2008 r



„A ty pal, pal, pal papierosy…”!


Dorośli, młodzież, a nawet dzieci coraz częściej sięgają po papierosy.

Nie przeraża rak krtani, rak płuc czy inne choroby związane z paleniem tytoniu.

Nie pomogą napisy na opakowaniach papierosów informujące o ich szkodliwości wręcz zabójczości. Nie pomoże ustawa o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych, której szczytnym celem jest przeciwdziałanie uzależnieniu od nikotyny. Nic nie pomoże, jeśli nie zmieni się ludzka mentalność!

„Zabawny przedmiot papieros” to nazwa – uwaga – ZABAWKI dla dzieci, którą inspektorzy śląskiej Inspekcji Handlowej odkryli w ofercie kontrolowanej hurtowni na terenie Zabrza.

Na czym polega zabawność tej „wyjątkowej zabawki”?

Chyba na tym, że jest wyszczególniona w systemie RAPEX jako produkt niebezpieczny, a mimo to nadal znajduje się na rynku!

A szczególnie „zabawna” wydaje się być jej „rola edukacyjno – wychowawcza” przeciwdziałająca wszelkim inicjatywom i próbom „uzdrowienia społeczeństwa”.

Koń by się… ubawił!

                                                                                      Katowice, 14.08.2008 r.


    

  

„Jedzą rybę…”

 

Jeśli ryba to najlepiej świeża, prosto z łowiska, pełna smaku z „naturalną gwarancją jakości”!

Niestety nie każdy może sobie pozwolić  na ten luksus i często pozostaje  tylko zadowolić się filetem rybnym prosto… ze sklepowej zamrażarki. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że to co kupujemy pod nazwą mrożony filet z mintaja, filet z dorsza czy z grenadiera często okazuje się być „zmarzliną wodną zawierającą śladowe ilości ryby”!

Przeprowadzone badania laboratoryjne wykazały, iż wielu producentów, w stosunku do informacji podanej na opakowaniu, zaniża masę netto ryby jednocześnie zawyżając  zawartość glazury ( gruba warstwa lodu mająca chronić rybę przed wysuszeniem) . Dla przykładu: podczas kontroli dokonanej przez inspektorów Inspekcji Handlowej w Katowicach stwierdzono, iż masa netto ryby zamiast deklarowanej 800g wyniosła o 150g mniej, a deklarowana przez producenta zawartość glazury wzrosła nagle z 20%  do 34%!

I co z tego wynika?

Ano to, że kupując rybę płacimy dodatkowo za wodę, a po rozmrożeniu jemy to co z takiej ryby pozostanie na patelni, gdyż proces smażenia działa na nią … „ rozpadowo”!

Smacznego!

  

                                                                                                    Katowice, 01.08.2008 r


  

      

 „ Nasz klient, nasz pan”


Przyjazny uśmiech, pytanie: „ w czym mogę pomóc?”, profesjonalna obsługa, promocje i różnorodne atrakcje…

tak teraz dba się o klienta. Na własnej skórze przekonał się o tym mieszkaniec Katowic, robiąc zakupy w jednym z supermarketów na terenie Siemianowic Śląskich. Z wybranym towarem udał się do kasy, by uiścić należną kwotę.„ Przytomny” klient zauważył jednak, że kasjerka pobrała wyższą należność od ceny widniejącej na towarze i niezwłocznie udał się z reklamacją do punktu obsługi klienta. Na miejscu incydent został wyjaśniony, a nadpłata zwrócona. Ale to nie wszystko! Dodatkowo, w ramach przeprosin za zaistniałą niedogodność, klienta obdarowano czekoladą marcepanową renomowanej firmy. Jakże miły i piękny gest! „Udobruchany” konsument wrócił do domu i pewnie by zapomniał o całym zdarzeniu gdyby nie fakt, że postanowił poczęstować się ofiarowanym „prezentem”. Jakże wielkie musiało być jego oburzenie, gdy po rozpakowaniu okazało się, że czekolada jest zepsuta, nie nadająca  się do spożycia, a swoim wyglądem skutecznie odbierająca chęć konsumpcji. Marcepanowa czekolada skutecznie odebrała „Naszemu klientowi” apetyt, być może także apetyt na zakupy we wspomnianym supermarkecie.

 

                                                                                                   Katowice, 23.07.2008

 

Poniżej prezentujemy zdjęcie "smacznej" czekolady...

                                                                                                                           

 




 Na krechę? 


Kredyt gotówkowy, kredyt mieszkaniowy, kredyt konsumencki…… to tylko niektóre oferty wolnego rynku, które mogą nam ułatwić życie w dobie panującego konsumpcjonizmu. Mogą ułatwić, ale także skomplikować życie…. Nasze portfele cudownie „nasycone” czeka mimo wszystko regularne „odchudzanie”, oby tylko nie skończyło się na anoreksji…Wszechobecna „Kredytomania” głosi – Nie masz gotówki, weź na kredyt!” Na kredyt można wziąć prawie wszystko, także alkohol. „Kredyt na alkohol bez poręczycieli” tak można by było zareklamować „usługi kredytowe” świadczone przez kierowniczkę pewnego baru w Żorach. Wystarczy tylko podać imię lub pseudonim, określić limit kredytu, uzyskać wpis do zeszytu i „linia kredytowa” otwarta! Pamiętać trzeba o regularnym spłacaniu zaległości, do końca każdego miesiąca i wystrzegać się przekroczenia ustalonej kwoty kredytu. Nie przestrzeganie tych warunków grozi wykreśleniem z zeszytu i niemożliwością ponownej ”rejestracji”. Kontrola „przyjaznego” baru przeprowadzona w czerwcu bieżącego roku przez inspektorów Wojewódzkiego Inspektoratu Inspekcji Handlowej w Katowicach ujawniła sprzedaż (przez okres pięciu tygodni) napojów alkoholowych na kredyt, na łączną kwotę ponad 1100 zł, w związku  z czym, wszczęto dochodzenie przeciwko osobie odpowiedzialnej, tj. kierowniczce zakładu za naruszenie art.15 ust.1 pkt 3 ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Sprzedawczynię ukarano także mandatem za brak widocznej informacji w miejscu sprzedaży o szkodliwości spożywania alkoholu. A co na to „kredytodawczyni”? Twierdzi, że nie wiedziała o zakazie sprzedaży napojów alkoholowych na kredyt…. A szkoda, bo jak głosi łacińska maksyma: „ignorantia iuris nocet” – nieznajomość prawa szkodzi. Szkodzi i to nie tylko zajmującej się tym nielegalnym procederem, ale przede wszystkim tym, którzy z niego korzystali.Przy niektórych imionach osób zapisanych w zeszycie widnieją informacje o niemałych zaległościach z tytułu felernego kredytu, przykładowo: 107,00; 265,00; a nawet 344,00zł! Ciekawe kto sprawdzał zdolność kredytową tych ludzi i choć przez chwilę pomyślał o rodzinach, które nigdy nie zobaczą straconych pieniędzy„Uznając życie obywateli w trzeźwości za niezbędny warunek moralnego i materialnego dobra Narodu, stanowi się co następuje…”, tak brzmi wprowadzenie do ustawy z dnia 26.10.1982r. o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. (Dz. U. 2007 Nr 70,poz. 437 ). Nie trzeba znać ustawy, aby wiedzieć jakie skutki pociąga za sobą nadmierne spożywanie alkoholu dla spożywającego, a szczególnie dla jego najbliższych i w jakim stopniu może przyczynić się do tego sprzedaż alkoholu na kredyt. Wychowanie w trzeźwości i przeciwdziałanie alkoholizmowi to sprawa wielkiej wagi dla wszystkich obywateli, a zwłaszcza dla sprzedawców alkoholu. 

                                                                                                      Katowice, 15.07.2008r.


 

  

Podróże kształcą


„Podróże kształcą”, ale czy to stare przysłowie nie przybrało dzisiaj nieco innego znaczenia niż miało dotychczas. O niezadowoleniu klientów z usług turystycznych słyszy się w czasie każdego sezonu. To nic nowego. Jak uważają klienci i organizacje konsumenckie, skarg na nieudany wypoczynek z każdym rokiem przybywa. Starający się umniejszać problem organizatorzy turystyki twierdzą, iż w porównaniu z coroczną liczbą turystów, ilość skarg jest stosukowo niewielka, że skarżą się tylko niegodni uwagi malkontenci, i że stanowią oni margines wśród milionów zadowolonych wczasowiczów. Nie zmienia to jednak faktu, że sporo pretensji turystów do biur podróży ma solidne fundamenty. Swoją niesolidnością i nierzetelnością budują je same biura. Powody niezadowolenia często są bliźniaczo podobne, nawet jeśli dotyczą różnych biur podróży. Hotel, któremu pospadały gwiazdki - z czterech w kolorowym katalogu, do dwóch w szarej rzeczywistości, szkoła przetrwania w obcym kraju, w obcej kulturze i bez znajomości języka, zamiast beztroskiego wczasowania pod okiem troskliwego i pomocnego rezydenta - te i inne ponadplanowe atrakcje fundują turystom, co bardziej pomysłowi organizatorzy ich turystyki. Szkopuł jednak w tym, że robią to za ich z trudem uciułane pieniądze. Na ciepłe morze, wieczór pod palmami i przejażdżkę na wielbłądzie niektórzy zbierają całymi latami, a podróż życia w letni koszmar zmienia się w jednej chwili. Wiadomo, że są klienci, którzy chcą naciągnąć biura, by ze zwróconych pieniędzy sfinansować sobie kolejne wakacje, ale na pewno są oni w mniejszości. Ich pojawianie się nie powinno jednak uzasadniać pomijania i bagatelizowania tych klientów, którzy swoich problemów z biurami podróży bynajmniej z palca nie wyssali.


Nie piszcie głupot!


Cokolwiek napisane jest na towarze, nie może konsumenta wprowadzać w błąd. Znakowanie towarów jest określone w wielu przepisach, które każdy producent znać powinien. Powinien wiedzieć, jakie elementy muszą znaleźć się na opakowaniu, w którym miejscu i jak dużymi literami. A przede wszystkim trzeba odróżnić, co jest wymaganym oznaczeniem, a co mniej rygorystycznie traktowaną reklamą. Te rzeczy nie mogą być pomieszane ze sobą.

W ostatnim czasie kontrole prowadzone przez Inspekcję Handlową z Katowic wykazały – zwłaszcza w branży spożywczej, że wiele napisów na produktach niewiele ma wspólnego z prawidłowym oznakowaniem, ani też z uczciwą reklamą. Oto garść przykładów: - Na opakowaniu jaj – „nie ma powodu do obaw cholesterol w jajku nie stanowi ryzyka”, a same jaja – a jakże- „luksusowe”.

- Na opakowaniu miodu dwie sprzeczne informacje – po pierwsze, że miód pochodzi z „ekologicznie czystych rejonów naszego kraju”, a tuż obok, że jest to „mieszanka miodów pochodzących z państw Unii Europejskiej i spoza Unii Europejskiej”. - Na mleku – budzące, co najmniej zdziwienie „dostajesz to, co najlepsze” lub na serze „z najlepszego polskiego mleka”.

- Śmietana jak śmietana, raptem staje się śmietaną „extra kremową” lub „luksusową” – oczywiście z najlepszego polskiego mleka. - Parówki i mortadela – jakie znamy- za czarodziejską mocą słowa pisanego również stają się luksusowe, a jaja – w tym samym trybie, producent przemienia w „jaja wyjątkowe” nie mówiąc już o „jajach platynowych”. Zastanawiające…

- A „Eko- Naturalia”? Co to oznacza? Co oznacza dla konsumenta ten językowy dziwoląg? Może wskazywać, że produkt posiada jakiś związek z rolnictwem ekologicznym, ale nie posiada żadnego takiego związku. Przyparty do muru a wyposażony w rozum przedstawiciel producenta twierdzi, że chodzi tu o ekonomiczną cenę produktu. Proste?

W tym towarzystwie wręcz niewinnie wypada napis na mleku „rekomendacja złotej krowy” a czemu nie brylantowego borsuka? Albo złotej rybki? Źle się dzieje, kiedy w kompetencje głównego technologa zaczyna wkraczać – pożal się boże – spec od marketingu, który wcale nie uważa, że konsumentowi należy się szacunek. Jakość na pewno nie poprawi się od takich poczynań – bo i z jakiej racji, do śmiechu chyba też nie jest nikomu, jeśli zważyć, że ktoś próbuje robić z nas durnia.

Bronić możemy się nie kupując przekrzyczanych marketingowo produktów – uzbrojonych w słowa, które nic nie znaczą, a organy kontroli będą stosować przepisy o nieuczciwej konkurencji – rozmyślnie wprowadzającej konsumenta w błąd lub sugerującej inne cechy towaru, niż posiada w rzeczywistości. Może wreszcie dotrze do niektórych producentów, że najlepszym towarem jest prawda i uczciwość.


Ech ta jakość…


Jakość produktów spożywczych a mięsnych w szczególności ma wiele aspektów i nierzeczowym działaniem było by sprowadzanie ich do jednego mianownika. Na pojęcie jakości jako sumy pewnych działań złożą się walory organoleptyczne, zdrowotne, odpowiednie opakowanie, tradycje spożycia danego produktu i wierność tradycji producenta.

Są czynniki sprzyjające wysokiej jakości, są też czynniki osłabiające tę jakość. Głównym czynnikiem pogorszenia jakości jest takie zapotrzebowanie rynku, które wymaga od producenta masowej produkcji tanich wyrobów. To zabija jakość najskuteczniej. Producent choćby nie chciał musi przystosować się do potrzeb rynku, bo inaczej straci rentowność i będzie po nim. W takim razie na straży jakości powinno stać prawo ustanowione przez nie zainteresowany grą ekonomiczną organ państwa, stojący na straży wyższych racji niż tylko zapotrzebowania ze strony sieci handlowych by parówki nie kosztowały więcej niż 2 zł. za 1 kg. Żeby było więcej i taniej nie wystarczy już tylko mięso, tłuszcz, woda przyprawy oraz procedury konserwujące potrzebne są jeszcze dodatki które zrekompensują ubytki wagowe, coś jeszcze dołożą i przywrócą w sztuczny sposób naturalne kolory – utracone w różnych procesach technologicznych.

Do przetworów mięsnych dodawać można różne rzeczy. Legalnie tylko takie i w takich ilościach ile wynika z aktualnie obowiązujących przepisów. Historia mozliwowości dodawania różnych substancji do wyrobów jest pasjonująca jak dobry kryminał. Nie sposób omówić wszystkie dodatki. Przyjrzyjmy się więc fosforanom – w ciągu ostatnich 20 lat – na podstawie obowiązujących przepisów. Na przestrzeni tego okresu ministrowie zdrowia wydali 5 rozporządzeń lub zarządzeń odnoszących się do substancji dodatkowych. Chronologicznie licząc – w tym okresie najstarszy pochodził z 1985r. i w stosunku do swych następców był najchudszy. W zarządzeniu tym określono dopuszczalną zawartość fosforanów na 1,5 g w kg wyrobu gotowego i tylko w odniesieniu do wędzonek. Już wtedy mistrzowie masarniczy i nauczyciele zawodu - nazwalibyśmy ich dzisiaj starej daty narzekali, że to bardzo dużo i odbije się to negatywnie na jakości. Na sporadycznej dyskusji w prasie fachowej i popularnej się skończyło.

Czas płynął. Od połowy lat osiemdziesiątych minęła cała epoka polityczna i gospodarcza. W 1993 r. ówczesny Minister zdrowia po rozważeniu wszystkich okoliczności uznał, że fosforany mogą występować tylko w szynce wołowej – w ilości nie większej niż 3 g w kg. wyrobu gotowego. Przekroczenie tego pułapu - w zależności od humoru prawodawców było albo wykroczeniem albo występkiem. Tak czy inaczej zarysowała się pewna tendencja. Jej ukoronowaniem było kolejne rozporządzenie tym razem z 2000r. w sprawie wykazu dopuszczalnych ilości substancji dodatkowych i innych substancji obcych dodawanych do środków spożywczych(…) Tytuł skomplikowany jak przekaz z obcej planety, ale fosforanów jest już dopuszczonych 5 g w kg. w - odniesieniu do wędzonek wieprzowych, drobiowych, wołowych – z pewnymi wyłączeniami. Tak więc maszyneria nabiera rozpędu, a bezpośrednim skutkiem coraz większa produkcja i coraz niższa cena przynajmniej niektórych wyrobów mięsnych.

Wreszcie od 1maja 2004r. obowiązuje Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 23 kwietnia 2004r. w sprawie dozwolonych substancji dodatkowych i substancji pomagających w przetwarzaniu (Dz. U Nr 94, poz.933) W załączniku grubym jak książka telefoniczna fosforanów dozwala się – 5g w kilogramie przetworów mięsnych. Ustawodawstwo polskie dostosowało się więc, do pożal się boże – rygorów unijnych. W tym momencie starzy mistrzowie masarniczy przewrócili się zapewne w grobie. Więc jak to jest teraz z tą jakością. Wytwórnie coraz bardziej przypominają laboratoria naukowe, plaster szynki błyszczy jak tafla lodowiska, ledwie podgrzane frankfuterki eksplodują jak sztuczne ognie, a wszystko bez smaku lekko słone, lekko kwaśne, ale tanie i długo utrzymujące świeżość. Sukces? Za kilka lat nikt nie będzie pamiętał jak smakuje dobrze uwędzona szynka lub podsuszona kiełbasa. Po prostu nie będzie tradycji dobrej jakości, która nie bierze się znikąd, ani też nie powstaje z dnia na dzień i wymaga pracy wielu pokoleń mistrzów zawodu.

Oczywiście produkuje się jeszcze dobre wyroby. Niestety są relatywnie drogie, ale zachwycają się nimi konsumenci z dawnych państw unii. Wiedzą, co dobre, co jeszcze nie przegrało z masową, tanią produkcją, bo u nich jakość przegrała już dawno. Oni to wiedzą. My raczej nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę, jeśli tworzone są prawne warunki do pogorszenia, a nie do poprawy jakości.

Polska żywność, a wyroby mięsne w szczególności – w tradycyjnym rozumieniu jakości, mogą być niewiarygodnym atutem naszej gospodarki. Powinni o tym pamiętać polscy producenci, przyjmując taki czy inny kierunek rozwoju swojej firmy. Dotyczy to również organów państwa kształtujących politykę konsumencką i strategię gospodarczą.


Uprzejmie donoszę


Już tak to jest, że niektórzy z nas mają skłonność do takiej „bezinteresownej” uprzejmości. Uprzejmego poznać po tym, jak zaczyna. By podkreślić swe szlachetne zamiary, już na wstępie pisze na przykład: „uprzejmie informuję”, „uprzejmie donoszę” czy coś w tym rodzaju.

Pisma takie są nieodłącznym elementem codzienności w przeróżnych instytucjach, urzędach, zwłaszcza tych, które uprzejmemu mogą pomóc – a przynajmniej tak mu się wydaje – w realizacji jego wzniosłych celów. Urzędnik z doświadczeniem, to jednak taka „cwana bestia”, która już podskórnie, jakoś instynktownie czuje, że w niektórych pismach coś za dużo tej uprzejmości. Jednego dnia do pewnej instytucji wpłynęły listy od trzech „konsumentów”, którzy dzielili się w nich wrażeniami z degustacji swojskiego bigosu. Tym razem jakoś wyjątkowo im się nie udał. Był mdły, miał mało charakterystyczną barwę i w ogóle wyszedł jakoś blado. Przyczyny wszyscy upatrywali w jednym – smak popsuł użyty do bigosu koncentrat pomidorowy. Oczywiście, przypadkowo – jak wszystko w tej aferze – wyprodukowany przez jednego i tego samego producenta.

Urzędnik, który ten bigos dostał do strawienia, wyczuł – jak się później okazało – bezbłędnie prawdziwy jego smaczek. W ten oto sposób uprzejmy producent donosił na brak smaku swojej koncentratowo-pomidorowej konkurencji. Inny osobnik tego rodzaju podał przepis na wyroby swojej, tym razem wędliniarskiej, konkurencji. „Z kiełbasy zwyczajnej woda tryskała jak z <> – pisał. Wyjaśnił, że różnica między wodą a kiełbasą jest tylko w cenie – jeden metr sześcienny wody kosztuje mniej, niż jeden metr kiełbasy. Prawdziwym wybrykiem natury była, według niego, metka. „Aby ją uzyskać, zmielono chyba psa razem z budą” –podejrzewał.

Chciałoby się powiedzieć, zmieniając nieco słowa poety: „Uprzejmość nie jest rzeczą łatwą, ale nader pożyteczną”. Niełatwą – na pewno. Wiele się bowiem trzeba nagłowić, żeby wymyślić takie podchody. Pożyteczną – w takim wydaniu na pewno nie.


Nie do śmiechu było Pani Annie, która wykupiła rodzinny pobyt we Włoszech. Jak to czasem bywa, na miejscu wypoczynku spotkały ją same niespodzianki. Zaskoczenie było tym bardziej szczere i prawdziwe, iż w reklamie wczasów nie uchylono o nich ani rąbka tajemnicy.

O tym, że zafundowano jej szkołę przetrwania, świadczył kilkudniowy brak wody w apartamencie Pani Anny. Nie mogła korzystać z takich dobrodziejstw cywilizacji, jak toalety i prysznic. Wodę do pokoju, na czwartym piętrze, taszczyła niczym wielbłąd z ulicznego poidełka, odległego od domu o pół kilometra. Brak wody właściciel biura podróży wytłumaczył czasową awarią wodociągu. Śledztwo przeprowadzone na miejscu przez dociekliwą wczasowiczkę natomiast ujawniło, że niedobory życiodajnego płynu, o tej porze roku, w tym regionie są czymś normalnym. Prawdziwy jednak talent do opowiadania kawałów organizator podróży ujawnił nieco później. Rodzina nie mogła sprzątać apartamentu, bo nie było w nim wiaderka, szufli, miotły ani szmaty. Odnosząc się do tej kwestii, w liście do Pani Anny właściciel biura z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że prawdopodobnie zabrali je poprzednicy, lecz - jak to w szkole przetrwania - i z tego znalazł wyjście: „Mogła Pani nabyć niezbędne rzeczy, wziąć fakturę, a my zwrócilibyśmy pieniądze” – napisał. Niezły kabaret – co?

Napięcie, jak w dobrej powieści, trzeba stopniować. Na tym więc jeszcze nie koniec.

W kolejnym piśmie do coraz bardziej zbulwersowanej klientki właściciel biura dał już prawdziwy popis. Dla zwykłego człowieka brak wody stanowi istotny problem. Jak można go w tym nieszczęściu pocieszyć? Otóż każdy problem maleje, gdy w podobnej sytuacji znajdują się inni. Mniej zatem martwi cieknący dach, gdy sąsiadowi też leje się na głowę. Z większym spokojem przyjmuje się kolejną podwyżkę cen, bo przecież innych też ona dotknie itd. itp. Idąc tym samym - jak się zdaje - tropem, prezes biura odrzekł: „Jak mieszkałem przez miesiąc w hotelu w Sosnowcu, to też nie miałem wody i nie wnosiłem z tego powodu żadnych roszczeń”. No – w zasadzie – jak prezesowi było źle, to dlaczego zwykłemu wczasowiczowi miałoby być lepiej?


Regulamin użytkowania obuwia


„Dobre buty żyją dłużej i starzeją się ładniej niż tania masówka”. Ta zasada godna starożytnego filozofa odnosi się do jednej z podstawowych części naszej garderoby. Nie powstała jednak w zamierzchłej przeszłości. Tę złotą myśl podsunął jeden z rzeczoznawców, który na co dzień rozlicza ludzi z ich grzechów i grzeszków, jakie popełniają w stosunku do różnych elementów ubioru, a zwłaszcza butów. Po opinie rzeczoznawców ochoczo sięgają sprzedawcy, gdy klienci oddają rzecz do reklamacji. Wprawne oczy i ręce fachowca oceniają, czy już w młodym wieku buty ujawniają objawy późniejszej starości, czy może to ich niewprawny użytkownik spowodował to przedwczesne starzenie. Klient niezwykle rzadko otrzymuje rozgrzeszenie. Wina najczęściej leży po jego stronie. Natomiast producent lub sprzedawca zwykle są czyści jak łza, która płynie z oczu klienta po otrzymaniu takiej na przykład opinii: „Wierzchy obuwia były zbyt luźno wiązane, co spowodowało stałe ocieranie piętami o podeszwę, stąd jej przetarcia, za co producent nie odpowiada – reklamacja bezzasadna”.

Podobnych niespodzianek można jednak uniknąć. Wystarczy tylko stosować się do rad wymyślonych przez pewnego rzeczoznawcę. I tak na przykład: „Nie należy chodzić w tych samych butach dłużej niż jeden dzień, maksymalnie dwa dni. Przynajmniej drugie tyle czasu buty powinny... odpoczywać (odnosi się wrażenie, że mają się lepiej niż niejeden człowiek!). W czasie podróży obuwie należy usztywnić prawidełkami i przewozić w woreczkach tekstylnych. Należy regularnie oddawać obuwie do przeglądu w renomowanym zakładzie szewskim. Nie należy czekać, aż podeszwa, czy obcas całkiem się zedrą.” itp. itd. Rzeczoznawca dodaje jeszcze, że buty należy używać zgodnie z ich przeznaczeniem. Tylko czy naprawdę służą one do chodzenia? Po przeczytaniu takiej instrukcji zaczyna się w to wątpić.


"Czy wiemy, co jemy"


„Czy wiemy, co jemy” – takim tytułem zwykle opatruje się informacje o jakości tego, co trafia na nasze stoły. Prawdziwa wiedza o tym nie ma chyba aż tak dużego znaczenia, skoro ze sklepowych półek znika prawie wszystko. Amatorów znajduje również to, co – jak chciałoby się powiedzieć – wcale nie ma jakości. Paprykę na przykład cechowało to, że była nadpsuta. Pewien zbadany laboratoryjnie koncentrat pomidorowy odznaczał się tym, że nie miał właściwości charakterystycznych dla koncentratu pomidorowego. Przypominał go tylko barwą. Soki owocowe, które reklamowano jako w 100 procentach wyciśnięte ze świeżych owoców: pomarańczy, grejpfrutów, po zbadaniu w laboratorium traciły tę swoją najważniejszą cechę.

Jeden z producentów zapytany, dlaczego ze swoimi produktami nie wchodzi na półki supermarketów, odpowiedział, że nie sprosta narzucanym przez giganty wymaganiom cenowym. Nie potrafi wyprodukować kilograma dobrej jakości sałatki, która z obopólnym (producenta i sprzedawcy) zyskiem! może być później sprzedawana za 0,90 gr. Taki cudotwórca jednak się znalazł. Cel osiągnął, a sałatka składała się głównie z poszatkowanych głąbów, które w normalnych warunkach powinny wylądować w koszu. Rynkowymi wyborami konsumentów rządzi cena, a nie jakość. Wiedzą o tym producenci oraz właściciele sieci handlowych i dążą do zapełniania półek najtańszymi produktami. Tylko, że najtańszy nie znaczy najlepszy. Brakuje przepisów, które poprzeczkę jakości dla wszystkich ustawiałyby na jednym, wysokim poziomie. Producenci sami decydują jaki ma być ich wyrób.

Nie zachęcamy do omijania wszystkich niskocennych produktów. Za grosze też można kupić coś smacznego i wysokiej klasy. To jednak wyjątek, a zasada? – wskazuje, że coraz więcej mamy wyrobów do czegoś podobnych, nie wiadomo tylko, do czego. A kiedyś były jedynie wyroby czekoladopodobne i było wiadomo, do czego.


Stara bajka


Jeszcze trochę, a już tylko najstarsi górale będą pamiętać, jak to półki świeciły pustkami, a najpopularniejszym miejscem spotkań były kolejki przed sklepami, kiedy to głównym tematem sklepowych dialogów były z dreszczykiem emocji przekazywane informacje o tym, co, gdzie i kiedy „rzucą”.

Nadejście kolejnej pory roku można było rozpoznać nie tylko na podstawie stanu przyrody, ale i po tym, co „rzucali”. Zimę zwiastowały bożonarodzeniowe cytrusy, wiosnę – czekoladowe zające i szynka, lato stroje kąpielowe, a wszystkie pory łączył papier toaletowy – stały przedmiot pożądania. Wiadomość w dzienniku telewizyjnym o wpłynięciu statku po brzegi wypełnionego cytrusami była największą sensacją. Dawno, dawno temu, za siedmioma lasami, za siedmioma górami był taki kraj, w którym nie było... Tak to o tamtych czasach będą dzieciom rozprawiać dziadkowie, bo wnuczkom łatwiej będzie uwierzyć w siedmiu krasnoludków, sierotkę Marysię i Czerwonego Kapturka, niż w to, że w sklepie brakowało bananów, pomarańczy, słodyczy, komputerów, klocków l...go, lalek b...bie (to w obawie przed kryptoreklamą) i wszystkiego, czego mała dusza zapragnie, a kieszeń rodzica wytrzyma.

„Przecież już kiedyś panu mówiłem, że klienci, jak się skarżą, to nie mają racji. Czy pan tego nie rozumie!?” – tymi słowy napomniał rzecznika konsumentów jeden z usługodawców. Nie wiadomo, czy kiedyś, w tej dawnej bajce, świadczył on tak zwane „usługi dla ludności”, lecz wiadomo, że w niej pozostał. Dziś owa „ludność”, kiedyś z braku wyboru skazana na usługodawcę, zmieniła się w klientów lub konsumentów. Ci, którzy tej zmiany nie zauważyli, pozostali w starej bajce. Razem z nimi błądzą w niej niektórzy konsumenci. Czasem nadal chcieliby być niegdysiejszą „ludnością”, a czasem już „konsumentami” – jak im w danej chwili wygodnie.


"Wolnoć Tomku w swoim domku"


Często można odnieść nieodparte wrażenie, że dla niektórych sprzedawców i usługodawców „spychotechnika” jest jedynym sposobem załatwiania klientowskich reklamacji. Choć nie przewiduje jej kodeks cywilny, jest bardzo chętnie stosowana, w myśl powiedzonek: „mój sklep, to moja twierdza”, „wolnoć Tomku w swoim domku” itp. – coś by się jeszcze znalazło.

Klient kupił komplet wypoczynkowy. Po niedługim czasie meble zapadły się, popękały i rozpadły. Ich nieszczęśliwy posiadacz złożył w sklepie reklamację. Sprzedawca ją przyjął i odesłał dalej – do producenta (czytaj ... do diabła). Jakim prawem - nie wiadomo, bo to przecież wbrew prawu. Producent zaś pismo włożył do szuflady i wyjechał na urlop. Po kilku miesiącach bezowocnego oczekiwania klient sam do niego zadzwonił. To, co usłyszał, przeszło jego najśmielsze oczekiwania: „Jeszcze nie wiem kiedy się u pana zjawię, aby naprawić te meble. Nikt oprócz mnie i tak panu tego nie zrobi. Tylko ode mnie zależy, kiedy pan usiądzie na tej wersalce i czy w ogóle kiedykolwiek”. Na otarcie łez zaproponował 50 zł upustu za komplet, który kosztował 1.600 zł. Klient na to: „Sprawę kieruję do sądu”. Teraz się dopiero dowiedział: „Tacy zwykli ludzie jak pan nie wygrywają ze mną w sądzie, a ja jeszcze udowodnię, że celowo złamał pan te meble. My takich reklamacji nie uwzględniamy” – wykrzyczał. Morałów z tej historii jest kilka. Zakupy, a raczej to, co po nich, to nie bajka, a konkurencja nie wszędzie sprawiła, że klient jest panem sprzedawcy.

W rzetelnym handlowaniu pojawia się powiedzenie „przodem do klienta”. Wydaje się jednak, że niektórzy handlowcy ten przód mają z tyłu.


Woda z mózgu


O robieniu wody z mózgu można by mówić i pisać bez końca. Na takie rozmiękczanie jesteśmy podatni jak nikt inny. Jego wdzięcznymi obiektami są zwłaszcza Ci, którym obiecuje się jakieś nagrody, promocje lub inne podarki.

Nie wszystko jednak złoto, co się świeci. Blask niektórych podarków bywa złudny. Oślepia jednak na tyle, że odbiera ostrość spojrzenia. Do „łask” konsumentów wróciły firmy, które roztaczają przed nimi perspektywy wyjazdu do wymarzonych i dla większości nieosiągalnych zakątków świata.

Schemat jest podobny: piątek wieczorem, dzwoni telefon, miły głos informuje, że wygrało się pobyt w apartamentach, na przykład w Hiszpanii – i już jest się złapanym w sieci. Aby otrzymać wygraną, trzeba tylko wziąć udział w organizowanej już na drugi dzień prezentacji. „Przy pomocy kolorowych folderów i filmów video przeniesiono nas w świat malowniczych miejsc i luksusowych hoteli. Wystarczyło tylko podjąć decyzję i wakacje zagwarantowane. Cała prezentacja zachęcała do podpisania umowy o udział w tzw. klubie wakacyjnym” – piszą uczestnicy takich „spędów”. Członkowie klubu rezerwują, na kilka lat z góry, pobyt w wybranym ośrodku wypoczynkowym na świecie. Mogą tam spędzić jeden tydzień, w każdym roku członkostwa, które trwa 2 - 3 lata lub nawet 99 lat, czyli dożywotnio. Szkopuł w tym, że podawana cena nie obejmuje kosztów dojazdu, wyżywienia, energii i wody w miejscu wakacyjnego zamieszkania.

Pojawia się stara śpiewka, że umowa podpisana za kilka dni będzie droższa. Pod naporem tego argumentu uginają się nawet najbardziej niezdecydowani. Nie chcą się narażać na dodatkowe koszty, a zrezygnować z szansy zesłanej im przez los – też jakoś głupio, więc składają jeden znajkosztowniejszych podpisów w ich życiu. Kolejnym punktem – szkoda, że jednym z ostatnich – dobrze znanego schematu jest czas na chłodną kalkulację. W tym miejscu potencjalny szczęśliwiec uświadamia sobie, że nie stać go na opłacenie udziału w klubie, nawet w ratach.

Czas na wniosek – zawsze i do znudzenia taki sam: handlowcy to nie święci Mikołaje. To nie oni nam, a my im przynosimy prezenty.


Cenę obniż nogami!


Pamiętaj, aby oprócz żony lub męża, dzieci i psa na zakupy wziąć również głowę. Już ona najlepiej pomoże Ci w przyjemnym i tanim penetrowaniu wolnego rynku. Kiedy pójdziesz po rozum do głowy dowiesz się, że upatrzonego towaru nie należy kupować od razu. Z łatwością przekonasz się, że cenę da się obniżyć nogami. Jak? To proste. Odwiedź co najmniej kilka sklepów tej samej branży. Nie obawiaj się kosztów zdartych zelówek. Już one nie doprowadzą Cię do ruiny. Natomiast wycieczka po sklepach umożliwi Ci porównanie cen, które są wolne i dlatego prawie w każdym inne. I takie też powinny pozostać. Na końcu tej drogi ze zdziwieniem zauważysz o ile taniej kupiłeś ten sam towar, niż zrobiłbyś to na początku.

Kupując w pierwszym napotkanym sklepie ułatwiasz życie handlowcom. Nie zmuszasz ich do wysiłku i konkurencyjności, bo pieniądze same, choć na twoich nogach, przychodzą im do sklepu. Tani zakup wcale nie musi jednak oznaczać, że zrobiłeś dobry interes. Odtwarzacz kompaktowy firmy „Interbambus” za 100 złotych sprawi Ci tyle „niewyobrażalnej satysfakcji”, że za kilka miesięcy „zechcesz mieć” jeszcze jeden i jeszcze jeden i jeszcze ... . Każdy z nich będzie buczał i trzeszczał. Takie już jego prawo i uroda.

Najlepiej trochę zaoszczędzić i kupić droższy, ale lepszy sprzęt, renomowanej firmy. Tutaj niespodzianki także się zdarzają, lecz o wiele rzadziej.

W sklepie pytaj o wszystko. Nie wracaj do domu z towarem i głową pełną niejasności, bo to z reguły źle się kończy. Głowę traktuj zawsze jak najlepszego towarzysza zakupów.


Naciąganie


Niecodzienne szczęście spotyka osoby, które otrzymują wiadomość z firm wysyłkowych. Oto los zsyła im bardzo wysoką nagrodę pieniężną. Muszą tylko spełnić kilka prostych warunków – wysłać na adres firmy 10 znaczków pocztowych i wypełnione dokumenty z żądaniem wygranej. Wkrótce nadchodzi koperta, a w niej ... rozczarowanie – kilka używanych, niewiele wartych książek lub kasety magnetofonowe za grosze. I tym sposobem czar pryska.

Jakiś czas temu prasa opisywała przypadek emeryta, którego akwizytor zapewniał, że firma przyznała mu dotację na zakup filtra do wody. Uśpiony jej wspaniałomyślnością staruszek pomyślał, że urządzenie dostał za darmo. Jednocześnie akwizytor sprytnie podsunął mu do podpisu umowę o kredyt. Z euforycznego nastroju emeryta wyrwał dopiero telefon z banku, który domagał się spłaty kredytu. Łatwowierność i podatność, zwłaszcza starszych ludzi, na wszelkie sugestie, że ktoś daje im coś za darmo – no – co najwyżej za półdarmo, domokrążcy wykorzystują bezlitośnie. Niektórzy posuwają się do najzwyklejszych oszustw i tak manipulują dokumentami, że podpisująca je osoba nie wie, co podpisuje i że w ogóle coś podpisuje oraz do czegoś się zobowiązuje. Odbieranie klientom druków umów kredytowych i umów sprzedaży natychmiast po ich podpisaniu to już klasyka akwizytorskiego fachu. Gdy dochodzi do wyjaśnień, firmy twierdzą, że bezwiedne podpisanie jakiejkolwiek umowy nie jest możliwe. A jednak – relacje „zrobionych” w ten sposób i nie mających ze sobą żadnego kontaktu klientów są zbieżne. Słyszy się o podrabianiu ich podpisów i o antydatowaniu umów polegającym na tym, że umowa, faktycznie podpisana na przykład 15 listopada, ma datę 10 listopada. Wszystko to ma swój cel. Na pewno nie jest nim uczciwość, bezinteresowność i dawanie komuś czegoś za darmo.


„Kupiłem buty” – te niemalże już sakramentalne słowa, to rodzaj znanego wszystkim „dzień dobry”, z tą tylko różnicą, że przeznaczonego na zupełnie inne okoliczności. Witają się nimi konsumenci, którzy mieli nieszczęście kupić buty. W ten sposób swoje utrapienie sygnalizują pracownikom Inspekcji Handlowej lub rzecznikom konsumentów, do których zwracają się o radę, w jaki sposób rozwiązać ich – jak im się wydaje – nierozwiązywalny „buciany” problem. I nie ma się czemu dziwić, skoro niektórzy z nich otrzymują na reklamację taką oto standardową odpowiedź, że „buty są naturalnie zużyte” lub „źle użytkowane”. Jedna z klientek na przykład dowiedziała się od rzeczoznawcy, że „wygląd jej butów zimowych wskazuje na intensywne użytkowanie w dużo dłuższym czasie niż wskazuje to paragon”. Czyżby buty były używane jeszcze przed ich zakupem, czyli przed datą na paragonie? Czy paragon w ogóle może świadczyć o intensywności ich noszenia?

Pani Alicja kupiła córce drogie sportowe obuwie, produkcji renomowanej firmy z nadzieją, że wybór taki zapewnia ich jakość, trwałość, wygodę i zadowolenie z właściwie ulokowanych pieniędzy. Niestety, po niecałych dwóch miesiącach użytkowniczka stwierdziła uszkodzenie jednego z butów. Zdaniem córki i matki markowe buty, za taką cenę i noszone tak krótko, nie powinny ulec tak dużemu uszkodzeniu, nawet po lekkim obtarciu bądź zahaczeniu. Złożyły więc reklamację, na co sprzedawca, ustami rzeczoznawcy, odpowiedział, że uszkodzenia mają charakter mechaniczny, a winę za nie ponosi użytkownik, gdyż ich przyczyną nie jest zła jakość materiałów. O wymianie butów ani o zwrocie pieniędzy nie może być zatem mowy. W odpowiedzi na pismo mediacyjne Inspekcji Handlowej, do której klientka zwróciła się o pomoc, właściciel sklepu podtrzymał decyzję o odrzuceniu reklamacji. Zajęcie takiego stanowiska wyjaśniał tymi słowy: „Nie można twierdzić, iż uszkodzenie mechaniczne jest wynikiem złej jakości zastosowanych materiałów i [obuwie – przyp. red.] nie jest trwałe. Inaczej musielibyśmy twierdzić, że nowo zakupiony samochód, który na przykład uderzył w drzewo i został zniszczony, dlatego jest zniszczony, iż został wykonany z kiepskiego materiału”. Jeśli coś tu jest kiepskie, to na pewno tłumaczenie sprzedawcy.


Reklama prawdę Ci powie?


Władzę nad nami objęły reklamy. Są wszechmogące i wszechobecne. Żyjemy praktycznie w ich świecie. Spotykamy je w miejscach zwykłych: w gazecie, radiu, telewizji, skrzynce na listy i na ulicy oraz w mniej zwykłych: za wycieraczką samochodu stojącego na parkingu, na wycieraczce pod drzwiami, klamce, długopisie, batoniku, paczkach, paczuszkach i gdzie popadnie.

Reklama stanowi narzędzie handlowców skrzętnie przez nich wykorzystywane w walce o kieszenie klientów. Bywa – jakże często – że jest stosowana do całkiem niecnych celów. Najeżona pułapkami, jest tym bardziej niebezpieczna, że podstęp czai się w najmniej spodziewanym miejscu i na jaw wychodzi zbyt późno, aby klient mógł uniknąć jego zgubnych dla siebie skutków. Żeby nie być gołosłownym. Przykładów nie musieliśmy długo szukać. Wystarczył rzut oka na zeszłotygodniowe wydania niektórych gazet. Strony zasłane różnobarwnymi ofertami sklepów ze sprzętem komputerom. Jedna z nich już z daleka woła: „Najniższa rata w Polsce!”. Czy to chwyt reklamowy, czy szczera prawda - sprawdzić nie sposób (no bo czy kto zdoła porównać tę propozycję z setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy innych jej podobnych, w całej Polsce), ale napisać w reklamie - nie zaszkodzi. Może kto uwierzy, lub - mniej elegancko - da się nabrać! Ta sama reklama krzyczy: „trzy lata gwarancji”. Już my znamy tę firmę i te jej trzy lata. Takiej prawdziwej gwarancji, jak ją każdy rozumie, jest wyłącznie rok. Pozostałe dwa to tylko obietnica darmowego przeglądu sprzętu w celu stwierdzenia przyczyn usterki, a jej naprawa - to już za pieniądze. Ot! – i bajka cała.

Inny reklamodawca wyrazistą czcionką podaje ceny dostępnych u niego komputerów – bardzo atrakcyjne. Czy aby na pewno? Żeby dotrzeć do prawdy – a chyba nie wielu ta sztuka się uda - trzeba wytężyć wzrok i dojrzeć wydrukowaną drobniuteńką czcionką, pionowo, na skraju reklamy informację, że ceny nie zawierają podatku VAT, i że mogą ulec zmianie.

Niektórzy wierzą, że „wróżka prawdę im powie” - być może więcej niż niejedna reklama.


Polacy nie gęsi


Lekceważenie dla prawa już dawno przekroczyło u nas wszelkie granice. I usprawiedliwieniem tego nie może być fakt, że nie zawsze jest ono najwyższych lotów. Ustawę o języku polskim, skądinąd bardzo praktyczną i pożyteczną dla wszystkich, wyśmiał pewien przedsiębiorca z Bożej łaski, prowadzący do niedawna bufet w szkole wyższej. Dowcipniś - ignorant nazwał ją ustawą „o najczystszej czystości czystego języka polskiego”. Na umieszczonej na drzwiach swojego interesu wywieszce zaproponował, aby hamburgera przemianować na swojski „bułomięs”, fishburgera na „rybułę”, a cheeseburgera, czyli bułkę z serem, na „bułsromięs” itp. W tym radosnym słowotwórstwie i nieznajomości prawa (bo trudno go o to podejrzewać, biorąc pod uwagę wyniki kontroli Inspekcji Handlowej w bufecie) nie spostrzegł biedaczysko, że nazw własnych nie trzeba przerabiać na polski, a więc, idąc jego tropem, „hot – doga” na „gorącego psa”. Wyglądałoby to i śmiesznie i sztucznie. Celem ustawy, w przeciwieństwie do zamierzeń przedsiębiorcy, nie jest wyśmiewanie kogo lub czegokolwiek. W swej złości, że ktoś ośmielił się zwrócić mu uwagę, pokąsał też Inspekcję Handlową. No bo jak to być może, aby żądać od niego podawania studentom w cenniku ceny i wagi np. porcji frytek. Toż to jakaś fanaberia. Zaproponował też całkowite zlikwidowanie filologii obcych, „bo przecież to wylęgarnie recydywistów, którzy łamią prawo nagminnie!”. Tylko brak dobrej woli i nie uznawanie jakichkolwiek reguł mogły zrodzić tę złotą myśl. Ustawa o języku polskim jest po to, aby szansę zrozumienia treści obcojęzycznych etykiet, reklam, instrukcji obsługi, kart gwarancyjnych i innych informacji, w sklepach, restauracjach, barach, urzędach, dać nie tylko poliglotom i filologom, ale wszystkim Polakom.

Jeżeli już ciągnie kogoś do wielkiego świata może wywiesić w sklepie napis „sale”, ale obok niego, równie dużym drukiem, powinien umieścić starą, dobrą, polską „wyprzedaż”.


Moda na promocje przywędrowała do nas z zachodu i czuje się chyba dobrze. Znacznie lepiej, niż klienci, którym wydawało się, że na promocji zrobili dobry interes, ale srodze się zawiedli. Nadużywane przez niektórych handlowców „wyprzedaże”, „najniższe ceny” „niepowtarzalne okazje” i „promocje” biją po oczach w sklepach dużych i małych, i dla nich są złotym interesem. Gdyby było inaczej przecież by ich nie organizowali. Dobrze, gdy korzyści z promocyjnego handlowania odnoszą i klienci i sprzedawcy. Gorzej, gdy zyski z tego są jednostronne.

Nie każda promocja zasługuje na to miano. Jakiś czas temu pewien handlarz obuwiem użył, w bardzo niecnych celach, hasła „obniżka”. Dobrze wiedział, że klienci polecą na nie jak muchy na lep, i się nie pomylił. Na wywieszkach w swoim sklepie podawał dwie ceny butów – jedną aktualną, po obniżce, drugą, przekreśloną, obowiązująca jakoby przed nią. Tylko, że ta druga nigdy nie istniała. Wzięła się z sufitu, bo buty nigdy nie kosztowały więcej. Kupujący o tym nie wiedzieli i niczym małe dzieci cieszyli się, że ktoś chce ulżyć ich kieszeniom, i kupowali... kupowali, do czasu aż sprzedawca został przyłapany na tej, bądź co bądź, sprytnej manipulacji.


Opinie niektórych rzeczoznawców nieustannie przyprawiają kupujących o prawdziwy ból głowy. Od lat swoimi oryginalnymi pomysłami raczy nas jeden z nich. Nie tak dawno do Inspekcji Handlowej przyszła klientka, która trzykrotnie bezskutecznie reklamowała skórzaną torebkę. Za każdym razem rzeczoznawca utrzymywał, że nic się jej nie należy, bo z torebką wszystko jest w porządku, a nawet, jeśli coś jest nie tak, to klientka widziała przecież co kupuje. Swoje opinie ubierał w słowa, które bardziej przystoją artyście kabaretowemu niż fachowcowi z branży skórzano - obuwniczej. Za pierwszym razem klientka przeczytała, iż „torba podlegała deprecjacji gatunkowo – cenowej stąd cena 69 zł”. Co miał na myśli pisząc o owej „deprecjacji” - nie wyjaśnił. Kiedy i kto torebkę tak „zdeprecjonował”, czyli, najprawdopodobniej, obniżył jej wartość, też nie ujawnił. Najważniejsze, aby reklamację odrzucić. Widocznie klientka nie zrozumiała, co znaczy ta „deprecjacja”, gdyż ponownie złożyła reklamację. Rzeczoznawcę bardzo to rozgniewało, bo przecież jak można nie rozumieć tak jasnej, obiektywnej i fachowo sporządzonej opinii... Tym razem poradził klientce, by wystąpiła z pozwem do Sądu Rejonowego – Wydział Cywilny. Ta, wyraźnie już zirytowana, nie dała za wygraną. Złożyła reklamację po raz trzeci. Zażądała w niej ponownej opinii, ale wykonanej przez innego rzeczoznawcę. No tego już za wiele! - pomyślał nasz rzeczoznawca - i w odpowiedzi na taką zuchwałość klientki napisał: „Proszę nie obliczać ilości reklamacji, nie ma to żadnego znaczenia. Wyimaginowane roszczenia dotyczące rzeczoznawcy”. Ponownie poradził, aby ze sprawą udała się do sądu.


Pewien klient chciał oddać do sklepu transporter z butelkami po piwie, które, jak stwierdził, wcześniej tam kupił. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie to, że z tego oddawania zrobiła się niezła draka. Mężczyzna chciał, aby sprzedawczyni wypłaciła mu za nie pieniądze. Nie miał jednak paragonu, który potwierdzałby, że przy zakupie zapłacił za butelki kaucję. W tej sytuacji ekspedientka nie dała pieniędzy. Klienta bardzo to rozgniewało. Żeby wyrównać sobie rzekome straty, samowolnie zabrał ze sklepu... worek wapna. Tłumaczył, że sklep i tak wyszedł na swoje, bo wapno kosztowało mniej niż kwota, jaką powinien dostać za butelki. O tym nagannym występku klienta sprzedawca powiadomił policję. W efekcie za zabór cudzego mienia klienta spotkała kara grzywny w wysokości 100 zł.


„Stwierdzam liczne otarcia i rany kłute”. To cytat z dokumentu, który pochodzi... no właśnie skąd? Narzuca się odpowiedź, że z materiałów policji lub z prokuratury. O nie! To nie jest fragment protokołu sekcji zwłok tylko... opinia rzeczoznawcy na temat stanu obuwia. Kto je tak urządził? Zdaniem rzeczoznawcy – oczywiście ich użytkownik. Nie do śmiechu jest osobom, które otrzymują opinie rzeczoznawców o stanie ich obuwia, oddanego do reklamacji. Za to tak zwani „fachowcy” z branży obuwniczej dysponują dużym poczuciem humoru. Potrafią rozbawić do łez. „Wierzchy obuwia były zbyt luźno wiązane, co spowodowało przetarcie napiętków – reklamacja bezzasadna” – wyrokuje rzeczoznawca. „Obuwie było noszone na mokrej nawierzchni. Do chodzenia po wodzie służą gumiaczki” – stwierdza inny.

Według niektórych rzeczoznawców buty najczęściej są naturalnie zużyte lub źle użytkowane. „Wygląd butów zimowych wskazuje na intensywne użytkowanie w dużo dłuższym okresie czasu niż wskazuje to paragon”– stwierdził jeden z nich. Jak należy to rozumieć? Czyżby buty były używane jeszcze... przed ich zakupem, czyli przed datą na paragonie? Czy paragon w ogóle może świadczyć o intensywności ich noszenia? Co fachowiec miał na myśli - wie tylko on sam. Inny specjalista, po obejrzeniu obuwia, orzeka, że klientka utraciła uprawnienia z tytułu rękojmi. O co chodzi? Na podstawie wyglądu obuwia rzeczoznawca dowiedział się, że reklamacja została złożona po terminie i z tego też powodu należy ją odrzucić.