Nie piszcie głupot! Cokolwiek napisane jest na towarze, nie może konsumenta wprowadzać w błąd. Znakowanie towarów jest określone w wielu przepisach, które każdy producent znać powinien. Powinien wiedzieć, jakie elementy muszą znaleźć się na opakowaniu, w którym miejscu i jak dużymi literami. A przede wszystkim trzeba odróżnić, co jest wymaganym oznaczeniem, a co mniej rygorystycznie traktowaną reklamą. Te rzeczy nie mogą być pomieszane ze sobą. W ostatnim czasie kontrole prowadzone przez Inspekcję Handlową z Katowic wykazały – zwłaszcza w branży spożywczej, że wiele napisów na produktach niewiele ma wspólnego z prawidłowym oznakowaniem, ani też z uczciwą reklamą. Oto garść przykładów: - Na opakowaniu jaj – „nie ma powodu do obaw cholesterol w jajku nie stanowi ryzyka”, a same jaja – a jakże- „luksusowe”. - Na opakowaniu miodu dwie sprzeczne informacje – po pierwsze, że miód pochodzi z „ekologicznie czystych rejonów naszego kraju”, a tuż obok, że jest to „mieszanka miodów pochodzących z państw Unii Europejskiej i spoza Unii Europejskiej”. - Na mleku – budzące, co najmniej zdziwienie „dostajesz to, co najlepsze” lub na serze „z najlepszego polskiego mleka”. - Śmietana jak śmietana, raptem staje się śmietaną „extra kremową” lub „luksusową” – oczywiście z najlepszego polskiego mleka. - Parówki i mortadela – jakie znamy- za czarodziejską mocą słowa pisanego również stają się luksusowe, a jaja – w tym samym trybie, producent przemienia w „jaja wyjątkowe” nie mówiąc już o „jajach platynowych”. Zastanawiające… - A „Eko- Naturalia”? Co to oznacza? Co oznacza dla konsumenta ten językowy dziwoląg? Może wskazywać, że produkt posiada jakiś związek z rolnictwem ekologicznym, ale nie posiada żadnego takiego związku. Przyparty do muru a wyposażony w rozum przedstawiciel producenta twierdzi, że chodzi tu o ekonomiczną cenę produktu. Proste? W tym towarzystwie wręcz niewinnie wypada napis na mleku „rekomendacja złotej krowy” a czemu nie brylantowego borsuka? Albo złotej rybki? Źle się dzieje, kiedy w kompetencje głównego technologa zaczyna wkraczać – pożal się boże – spec od marketingu, który wcale nie uważa, że konsumentowi należy się szacunek. Jakość na pewno nie poprawi się od takich poczynań – bo i z jakiej racji, do śmiechu chyba też nie jest nikomu, jeśli zważyć, że ktoś próbuje robić z nas durnia. Bronić możemy się nie kupując przekrzyczanych marketingowo produktów – uzbrojonych w słowa, które nic nie znaczą, a organy kontroli będą stosować przepisy o nieuczciwej konkurencji – rozmyślnie wprowadzającej konsumenta w błąd lub sugerującej inne cechy towaru, niż posiada w rzeczywistości. Może wreszcie dotrze do niektórych producentów, że najlepszym towarem jest prawda i uczciwość.
Ech ta jakość… Jakość produktów spożywczych a mięsnych w szczególności ma wiele aspektów i nierzeczowym działaniem było by sprowadzanie ich do jednego mianownika. Na pojęcie jakości jako sumy pewnych działań złożą się walory organoleptyczne, zdrowotne, odpowiednie opakowanie, tradycje spożycia danego produktu i wierność tradycji producenta. Są czynniki sprzyjające wysokiej jakości, są też czynniki osłabiające tę jakość. Głównym czynnikiem pogorszenia jakości jest takie zapotrzebowanie rynku, które wymaga od producenta masowej produkcji tanich wyrobów. To zabija jakość najskuteczniej. Producent choćby nie chciał musi przystosować się do potrzeb rynku, bo inaczej straci rentowność i będzie po nim. W takim razie na straży jakości powinno stać prawo ustanowione przez nie zainteresowany grą ekonomiczną organ państwa, stojący na straży wyższych racji niż tylko zapotrzebowania ze strony sieci handlowych by parówki nie kosztowały więcej niż 2 zł. za 1 kg. Żeby było więcej i taniej nie wystarczy już tylko mięso, tłuszcz, woda przyprawy oraz procedury konserwujące potrzebne są jeszcze dodatki które zrekompensują ubytki wagowe, coś jeszcze dołożą i przywrócą w sztuczny sposób naturalne kolory – utracone w różnych procesach technologicznych. Do przetworów mięsnych dodawać można różne rzeczy. Legalnie tylko takie i w takich ilościach ile wynika z aktualnie obowiązujących przepisów. Historia mozliwowości dodawania różnych substancji do wyrobów jest pasjonująca jak dobry kryminał. Nie sposób omówić wszystkie dodatki. Przyjrzyjmy się więc fosforanom – w ciągu ostatnich 20 lat – na podstawie obowiązujących przepisów. Na przestrzeni tego okresu ministrowie zdrowia wydali 5 rozporządzeń lub zarządzeń odnoszących się do substancji dodatkowych. Chronologicznie licząc – w tym okresie najstarszy pochodził z 1985r. i w stosunku do swych następców był najchudszy. W zarządzeniu tym określono dopuszczalną zawartość fosforanów na 1,5 g w kg wyrobu gotowego i tylko w odniesieniu do wędzonek. Już wtedy mistrzowie masarniczy i nauczyciele zawodu - nazwalibyśmy ich dzisiaj starej daty narzekali, że to bardzo dużo i odbije się to negatywnie na jakości. Na sporadycznej dyskusji w prasie fachowej i popularnej się skończyło. Czas płynął. Od połowy lat osiemdziesiątych minęła cała epoka polityczna i gospodarcza. W 1993 r. ówczesny Minister zdrowia po rozważeniu wszystkich okoliczności uznał, że fosforany mogą występować tylko w szynce wołowej – w ilości nie większej niż 3 g w kg. wyrobu gotowego. Przekroczenie tego pułapu - w zależności od humoru prawodawców było albo wykroczeniem albo występkiem. Tak czy inaczej zarysowała się pewna tendencja. Jej ukoronowaniem było kolejne rozporządzenie tym razem z 2000r. w sprawie wykazu dopuszczalnych ilości substancji dodatkowych i innych substancji obcych dodawanych do środków spożywczych(…) Tytuł skomplikowany jak przekaz z obcej planety, ale fosforanów jest już dopuszczonych 5 g w kg. w - odniesieniu do wędzonek wieprzowych, drobiowych, wołowych – z pewnymi wyłączeniami. Tak więc maszyneria nabiera rozpędu, a bezpośrednim skutkiem coraz większa produkcja i coraz niższa cena przynajmniej niektórych wyrobów mięsnych. Wreszcie od 1maja 2004r. obowiązuje Rozporządzenie Ministra Zdrowia z dnia 23 kwietnia 2004r. w sprawie dozwolonych substancji dodatkowych i substancji pomagających w przetwarzaniu (Dz. U Nr 94, poz.933) W załączniku grubym jak książka telefoniczna fosforanów dozwala się – 5g w kilogramie przetworów mięsnych. Ustawodawstwo polskie dostosowało się więc, do pożal się boże – rygorów unijnych. W tym momencie starzy mistrzowie masarniczy przewrócili się zapewne w grobie. Więc jak to jest teraz z tą jakością. Wytwórnie coraz bardziej przypominają laboratoria naukowe, plaster szynki błyszczy jak tafla lodowiska, ledwie podgrzane frankfuterki eksplodują jak sztuczne ognie, a wszystko bez smaku lekko słone, lekko kwaśne, ale tanie i długo utrzymujące świeżość. Sukces? Za kilka lat nikt nie będzie pamiętał jak smakuje dobrze uwędzona szynka lub podsuszona kiełbasa. Po prostu nie będzie tradycji dobrej jakości, która nie bierze się znikąd, ani też nie powstaje z dnia na dzień i wymaga pracy wielu pokoleń mistrzów zawodu. Oczywiście produkuje się jeszcze dobre wyroby. Niestety są relatywnie drogie, ale zachwycają się nimi konsumenci z dawnych państw unii. Wiedzą, co dobre, co jeszcze nie przegrało z masową, tanią produkcją, bo u nich jakość przegrała już dawno. Oni to wiedzą. My raczej nie do końca zdajemy sobie z tego sprawę, jeśli tworzone są prawne warunki do pogorszenia, a nie do poprawy jakości. Polska żywność, a wyroby mięsne w szczególności – w tradycyjnym rozumieniu jakości, mogą być niewiarygodnym atutem naszej gospodarki. Powinni o tym pamiętać polscy producenci, przyjmując taki czy inny kierunek rozwoju swojej firmy. Dotyczy to również organów państwa kształtujących politykę konsumencką i strategię gospodarczą.
Uprzejmie donoszę Już tak to jest, że niektórzy z nas mają skłonność do takiej „bezinteresownej” uprzejmości. Uprzejmego poznać po tym, jak zaczyna. By podkreślić swe szlachetne zamiary, już na wstępie pisze na przykład: „uprzejmie informuję”, „uprzejmie donoszę” czy coś w tym rodzaju. Pisma takie są nieodłącznym elementem codzienności w przeróżnych instytucjach, urzędach, zwłaszcza tych, które uprzejmemu mogą pomóc – a przynajmniej tak mu się wydaje – w realizacji jego wzniosłych celów. Urzędnik z doświadczeniem, to jednak taka „cwana bestia”, która już podskórnie, jakoś instynktownie czuje, że w niektórych pismach coś za dużo tej uprzejmości. Jednego dnia do pewnej instytucji wpłynęły listy od trzech „konsumentów”, którzy dzielili się w nich wrażeniami z degustacji swojskiego bigosu. Tym razem jakoś wyjątkowo im się nie udał. Był mdły, miał mało charakterystyczną barwę i w ogóle wyszedł jakoś blado. Przyczyny wszyscy upatrywali w jednym – smak popsuł użyty do bigosu koncentrat pomidorowy. Oczywiście, przypadkowo – jak wszystko w tej aferze – wyprodukowany przez jednego i tego samego producenta. Urzędnik, który ten bigos dostał do strawienia, wyczuł – jak się później okazało – bezbłędnie prawdziwy jego smaczek. W ten oto sposób uprzejmy producent donosił na brak smaku swojej koncentratowo-pomidorowej konkurencji. Inny osobnik tego rodzaju podał przepis na wyroby swojej, tym razem wędliniarskiej, konkurencji. „Z kiełbasy zwyczajnej woda tryskała jak z <> – pisał. Wyjaśnił, że różnica między wodą a kiełbasą jest tylko w cenie – jeden metr sześcienny wody kosztuje mniej, niż jeden metr kiełbasy. Prawdziwym wybrykiem natury była, według niego, metka. „Aby ją uzyskać, zmielono chyba psa razem z budą” –podejrzewał. Chciałoby się powiedzieć, zmieniając nieco słowa poety: „Uprzejmość nie jest rzeczą łatwą, ale nader pożyteczną”. Niełatwą – na pewno. Wiele się bowiem trzeba nagłowić, żeby wymyślić takie podchody. Pożyteczną – w takim wydaniu na pewno nie. Nie do śmiechu było Pani Annie, która wykupiła rodzinny pobyt we Włoszech. Jak to czasem bywa, na miejscu wypoczynku spotkały ją same niespodzianki. Zaskoczenie było tym bardziej szczere i prawdziwe, iż w reklamie wczasów nie uchylono o nich ani rąbka tajemnicy. O tym, że zafundowano jej szkołę przetrwania, świadczył kilkudniowy brak wody w apartamencie Pani Anny. Nie mogła korzystać z takich dobrodziejstw cywilizacji, jak toalety i prysznic. Wodę do pokoju, na czwartym piętrze, taszczyła niczym wielbłąd z ulicznego poidełka, odległego od domu o pół kilometra. Brak wody właściciel biura podróży wytłumaczył czasową awarią wodociągu. Śledztwo przeprowadzone na miejscu przez dociekliwą wczasowiczkę natomiast ujawniło, że niedobory życiodajnego płynu, o tej porze roku, w tym regionie są czymś normalnym. Prawdziwy jednak talent do opowiadania kawałów organizator podróży ujawnił nieco później. Rodzina nie mogła sprzątać apartamentu, bo nie było w nim wiaderka, szufli, miotły ani szmaty. Odnosząc się do tej kwestii, w liście do Pani Anny właściciel biura z rozbrajającą szczerością odpowiedział, że prawdopodobnie zabrali je poprzednicy, lecz - jak to w szkole przetrwania - i z tego znalazł wyjście: „Mogła Pani nabyć niezbędne rzeczy, wziąć fakturę, a my zwrócilibyśmy pieniądze” – napisał. Niezły kabaret – co? Napięcie, jak w dobrej powieści, trzeba stopniować. Na tym więc jeszcze nie koniec. W kolejnym piśmie do coraz bardziej zbulwersowanej klientki właściciel biura dał już prawdziwy popis. Dla zwykłego człowieka brak wody stanowi istotny problem. Jak można go w tym nieszczęściu pocieszyć? Otóż każdy problem maleje, gdy w podobnej sytuacji znajdują się inni. Mniej zatem martwi cieknący dach, gdy sąsiadowi też leje się na głowę. Z większym spokojem przyjmuje się kolejną podwyżkę cen, bo przecież innych też ona dotknie itd. itp. Idąc tym samym - jak się zdaje - tropem, prezes biura odrzekł: „Jak mieszkałem przez miesiąc w hotelu w Sosnowcu, to też nie miałem wody i nie wnosiłem z tego powodu żadnych roszczeń”. No – w zasadzie – jak prezesowi było źle, to dlaczego zwykłemu wczasowiczowi miałoby być lepiej?
Regulamin użytkowania obuwia „Dobre buty żyją dłużej i starzeją się ładniej niż tania masówka”. Ta zasada godna starożytnego filozofa odnosi się do jednej z podstawowych części naszej garderoby. Nie powstała jednak w zamierzchłej przeszłości. Tę złotą myśl podsunął jeden z rzeczoznawców, który na co dzień rozlicza ludzi z ich grzechów i grzeszków, jakie popełniają w stosunku do różnych elementów ubioru, a zwłaszcza butów. Po opinie rzeczoznawców ochoczo sięgają sprzedawcy, gdy klienci oddają rzecz do reklamacji. Wprawne oczy i ręce fachowca oceniają, czy już w młodym wieku buty ujawniają objawy późniejszej starości, czy może to ich niewprawny użytkownik spowodował to przedwczesne starzenie. Klient niezwykle rzadko otrzymuje rozgrzeszenie. Wina najczęściej leży po jego stronie. Natomiast producent lub sprzedawca zwykle są czyści jak łza, która płynie z oczu klienta po otrzymaniu takiej na przykład opinii: „Wierzchy obuwia były zbyt luźno wiązane, co spowodowało stałe ocieranie piętami o podeszwę, stąd jej przetarcia, za co producent nie odpowiada – reklamacja bezzasadna”. Podobnych niespodzianek można jednak uniknąć. Wystarczy tylko stosować się do rad wymyślonych przez pewnego rzeczoznawcę. I tak na przykład: „Nie należy chodzić w tych samych butach dłużej niż jeden dzień, maksymalnie dwa dni. Przynajmniej drugie tyle czasu buty powinny... odpoczywać (odnosi się wrażenie, że mają się lepiej niż niejeden człowiek!). W czasie podróży obuwie należy usztywnić prawidełkami i przewozić w woreczkach tekstylnych. Należy regularnie oddawać obuwie do przeglądu w renomowanym zakładzie szewskim. Nie należy czekać, aż podeszwa, czy obcas całkiem się zedrą.” itp. itd. Rzeczoznawca dodaje jeszcze, że buty należy używać zgodnie z ich przeznaczeniem. Tylko czy naprawdę służą one do chodzenia? Po przeczytaniu takiej instrukcji zaczyna się w to wątpić.
"Czy wiemy, co jemy" „Czy wiemy, co jemy” – takim tytułem zwykle opatruje się informacje o jakości tego, co trafia na nasze stoły. Prawdziwa wiedza o tym nie ma chyba aż tak dużego znaczenia, skoro ze sklepowych półek znika prawie wszystko. Amatorów znajduje również to, co – jak chciałoby się powiedzieć – wcale nie ma jakości. Paprykę na przykład cechowało to, że była nadpsuta. Pewien zbadany laboratoryjnie koncentrat pomidorowy odznaczał się tym, że nie miał właściwości charakterystycznych dla koncentratu pomidorowego. Przypominał go tylko barwą. Soki owocowe, które reklamowano jako w 100 procentach wyciśnięte ze świeżych owoców: pomarańczy, grejpfrutów, po zbadaniu w laboratorium traciły tę swoją najważniejszą cechę. Jeden z producentów zapytany, dlaczego ze swoimi produktami nie wchodzi na półki supermarketów, odpowiedział, że nie sprosta narzucanym przez giganty wymaganiom cenowym. Nie potrafi wyprodukować kilograma dobrej jakości sałatki, która z obopólnym (producenta i sprzedawcy) zyskiem! może być później sprzedawana za 0,90 gr. Taki cudotwórca jednak się znalazł. Cel osiągnął, a sałatka składała się głównie z poszatkowanych głąbów, które w normalnych warunkach powinny wylądować w koszu. Rynkowymi wyborami konsumentów rządzi cena, a nie jakość. Wiedzą o tym producenci oraz właściciele sieci handlowych i dążą do zapełniania półek najtańszymi produktami. Tylko, że najtańszy nie znaczy najlepszy. Brakuje przepisów, które poprzeczkę jakości dla wszystkich ustawiałyby na jednym, wysokim poziomie. Producenci sami decydują jaki ma być ich wyrób. Nie zachęcamy do omijania wszystkich niskocennych produktów. Za grosze też można kupić coś smacznego i wysokiej klasy. To jednak wyjątek, a zasada? – wskazuje, że coraz więcej mamy wyrobów do czegoś podobnych, nie wiadomo tylko, do czego. A kiedyś były jedynie wyroby czekoladopodobne i było wiadomo, do czego.
Stara bajka Jeszcze trochę, a już tylko najstarsi górale będą pamiętać, jak to półki świeciły pustkami, a najpopularniejszym miejscem spotkań były kolejki przed sklepami, kiedy to głównym tematem sklepowych dialogów były z dreszczykiem emocji przekazywane informacje o tym, co, gdzie i kiedy „rzucą”. Nadejście kolejnej pory roku można było rozpoznać nie tylko na podstawie stanu przyrody, ale i po tym, co „rzucali”. Zimę zwiastowały bożonarodzeniowe cytrusy, wiosnę – czekoladowe zające i szynka, lato stroje kąpielowe, a wszystkie pory łączył papier toaletowy – stały przedmiot pożądania. Wiadomość w dzienniku telewizyjnym o wpłynięciu statku po brzegi wypełnionego cytrusami była największą sensacją. Dawno, dawno temu, za siedmioma lasami, za siedmioma górami był taki kraj, w którym nie było... Tak to o tamtych czasach będą dzieciom rozprawiać dziadkowie, bo wnuczkom łatwiej będzie uwierzyć w siedmiu krasnoludków, sierotkę Marysię i Czerwonego Kapturka, niż w to, że w sklepie brakowało bananów, pomarańczy, słodyczy, komputerów, klocków l...go, lalek b...bie (to w obawie przed kryptoreklamą) i wszystkiego, czego mała dusza zapragnie, a kieszeń rodzica wytrzyma. „Przecież już kiedyś panu mówiłem, że klienci, jak się skarżą, to nie mają racji. Czy pan tego nie rozumie!?” – tymi słowy napomniał rzecznika konsumentów jeden z usługodawców. Nie wiadomo, czy kiedyś, w tej dawnej bajce, świadczył on tak zwane „usługi dla ludności”, lecz wiadomo, że w niej pozostał. Dziś owa „ludność”, kiedyś z braku wyboru skazana na usługodawcę, zmieniła się w klientów lub konsumentów. Ci, którzy tej zmiany nie zauważyli, pozostali w starej bajce. Razem z nimi błądzą w niej niektórzy konsumenci. Czasem nadal chcieliby być niegdysiejszą „ludnością”, a czasem już „konsumentami” – jak im w danej chwili wygodnie.
"Wolnoć Tomku w swoim domku" Często można odnieść nieodparte wrażenie, że dla niektórych sprzedawców i usługodawców „spychotechnika” jest jedynym sposobem załatwiania klientowskich reklamacji. Choć nie przewiduje jej kodeks cywilny, jest bardzo chętnie stosowana, w myśl powiedzonek: „mój sklep, to moja twierdza”, „wolnoć Tomku w swoim domku” itp. – coś by się jeszcze znalazło. Klient kupił komplet wypoczynkowy. Po niedługim czasie meble zapadły się, popękały i rozpadły. Ich nieszczęśliwy posiadacz złożył w sklepie reklamację. Sprzedawca ją przyjął i odesłał dalej – do producenta (czytaj ... do diabła). Jakim prawem - nie wiadomo, bo to przecież wbrew prawu. Producent zaś pismo włożył do szuflady i wyjechał na urlop. Po kilku miesiącach bezowocnego oczekiwania klient sam do niego zadzwonił. To, co usłyszał, przeszło jego najśmielsze oczekiwania: „Jeszcze nie wiem kiedy się u pana zjawię, aby naprawić te meble. Nikt oprócz mnie i tak panu tego nie zrobi. Tylko ode mnie zależy, kiedy pan usiądzie na tej wersalce i czy w ogóle kiedykolwiek”. Na otarcie łez zaproponował 50 zł upustu za komplet, który kosztował 1.600 zł. Klient na to: „Sprawę kieruję do sądu”. Teraz się dopiero dowiedział: „Tacy zwykli ludzie jak pan nie wygrywają ze mną w sądzie, a ja jeszcze udowodnię, że celowo złamał pan te meble. My takich reklamacji nie uwzględniamy” – wykrzyczał. Morałów z tej historii jest kilka. Zakupy, a raczej to, co po nich, to nie bajka, a konkurencja nie wszędzie sprawiła, że klient jest panem sprzedawcy. W rzetelnym handlowaniu pojawia się powiedzenie „przodem do klienta”. Wydaje się jednak, że niektórzy handlowcy ten przód mają z tyłu.
Woda z mózgu O robieniu wody z mózgu można by mówić i pisać bez końca. Na takie rozmiękczanie jesteśmy podatni jak nikt inny. Jego wdzięcznymi obiektami są zwłaszcza Ci, którym obiecuje się jakieś nagrody, promocje lub inne podarki. Nie wszystko jednak złoto, co się świeci. Blask niektórych podarków bywa złudny. Oślepia jednak na tyle, że odbiera ostrość spojrzenia. Do „łask” konsumentów wróciły firmy, które roztaczają przed nimi perspektywy wyjazdu do wymarzonych i dla większości nieosiągalnych zakątków świata. Schemat jest podobny: piątek wieczorem, dzwoni telefon, miły głos informuje, że wygrało się pobyt w apartamentach, na przykład w Hiszpanii – i już jest się złapanym w sieci. Aby otrzymać wygraną, trzeba tylko wziąć udział w organizowanej już na drugi dzień prezentacji. „Przy pomocy kolorowych folderów i filmów video przeniesiono nas w świat malowniczych miejsc i luksusowych hoteli. Wystarczyło tylko podjąć decyzję i wakacje zagwarantowane. Cała prezentacja zachęcała do podpisania umowy o udział w tzw. klubie wakacyjnym” – piszą uczestnicy takich „spędów”. Członkowie klubu rezerwują, na kilka lat z góry, pobyt w wybranym ośrodku wypoczynkowym na świecie. Mogą tam spędzić jeden tydzień, w każdym roku członkostwa, które trwa 2 - 3 lata lub nawet 99 lat, czyli dożywotnio. Szkopuł w tym, że podawana cena nie obejmuje kosztów dojazdu, wyżywienia, energii i wody w miejscu wakacyjnego zamieszkania. Pojawia się stara śpiewka, że umowa podpisana za kilka dni będzie droższa. Pod naporem tego argumentu uginają się nawet najbardziej niezdecydowani. Nie chcą się narażać na dodatkowe koszty, a zrezygnować z szansy zesłanej im przez los – też jakoś głupio, więc składają jeden znajkosztowniejszych podpisów w ich życiu. Kolejnym punktem – szkoda, że jednym z ostatnich – dobrze znanego schematu jest czas na chłodną kalkulację. W tym miejscu potencjalny szczęśliwiec uświadamia sobie, że nie stać go na opłacenie udziału w klubie, nawet w ratach. Czas na wniosek – zawsze i do znudzenia taki sam: handlowcy to nie święci Mikołaje. To nie oni nam, a my im przynosimy prezenty.
Cenę obniż nogami! Pamiętaj, aby oprócz żony lub męża, dzieci i psa na zakupy wziąć również głowę. Już ona najlepiej pomoże Ci w przyjemnym i tanim penetrowaniu wolnego rynku. Kiedy pójdziesz po rozum do głowy dowiesz się, że upatrzonego towaru nie należy kupować od razu. Z łatwością przekonasz się, że cenę da się obniżyć nogami. Jak? To proste. Odwiedź co najmniej kilka sklepów tej samej branży. Nie obawiaj się kosztów zdartych zelówek. Już one nie doprowadzą Cię do ruiny. Natomiast wycieczka po sklepach umożliwi Ci porównanie cen, które są wolne i dlatego prawie w każdym inne. I takie też powinny pozostać. Na końcu tej drogi ze zdziwieniem zauważysz o ile taniej kupiłeś ten sam towar, niż zrobiłbyś to na początku. Kupując w pierwszym napotkanym sklepie ułatwiasz życie handlowcom. Nie zmuszasz ich do wysiłku i konkurencyjności, bo pieniądze same, choć na twoich nogach, przychodzą im do sklepu. Tani zakup wcale nie musi jednak oznaczać, że zrobiłeś dobry interes. Odtwarzacz kompaktowy firmy „Interbambus” za 100 złotych sprawi Ci tyle „niewyobrażalnej satysfakcji”, że za kilka miesięcy „zechcesz mieć” jeszcze jeden i jeszcze jeden i jeszcze ... . Każdy z nich będzie buczał i trzeszczał. Takie już jego prawo i uroda. Najlepiej trochę zaoszczędzić i kupić droższy, ale lepszy sprzęt, renomowanej firmy. Tutaj niespodzianki także się zdarzają, lecz o wiele rzadziej. W sklepie pytaj o wszystko. Nie wracaj do domu z towarem i głową pełną niejasności, bo to z reguły źle się kończy. Głowę traktuj zawsze jak najlepszego towarzysza zakupów.
Naciąganie Niecodzienne szczęście spotyka osoby, które otrzymują wiadomość z firm wysyłkowych. Oto los zsyła im bardzo wysoką nagrodę pieniężną. Muszą tylko spełnić kilka prostych warunków – wysłać na adres firmy 10 znaczków pocztowych i wypełnione dokumenty z żądaniem wygranej. Wkrótce nadchodzi koperta, a w niej ... rozczarowanie – kilka używanych, niewiele wartych książek lub kasety magnetofonowe za grosze. I tym sposobem czar pryska. Jakiś czas temu prasa opisywała przypadek emeryta, którego akwizytor zapewniał, że firma przyznała mu dotację na zakup filtra do wody. Uśpiony jej wspaniałomyślnością staruszek pomyślał, że urządzenie dostał za darmo. Jednocześnie akwizytor sprytnie podsunął mu do podpisu umowę o kredyt. Z euforycznego nastroju emeryta wyrwał dopiero telefon z banku, który domagał się spłaty kredytu. Łatwowierność i podatność, zwłaszcza starszych ludzi, na wszelkie sugestie, że ktoś daje im coś za darmo – no – co najwyżej za półdarmo, domokrążcy wykorzystują bezlitośnie. Niektórzy posuwają się do najzwyklejszych oszustw i tak manipulują dokumentami, że podpisująca je osoba nie wie, co podpisuje i że w ogóle coś podpisuje oraz do czegoś się zobowiązuje. Odbieranie klientom druków umów kredytowych i umów sprzedaży natychmiast po ich podpisaniu to już klasyka akwizytorskiego fachu. Gdy dochodzi do wyjaśnień, firmy twierdzą, że bezwiedne podpisanie jakiejkolwiek umowy nie jest możliwe. A jednak – relacje „zrobionych” w ten sposób i nie mających ze sobą żadnego kontaktu klientów są zbieżne. Słyszy się o podrabianiu ich podpisów i o antydatowaniu umów polegającym na tym, że umowa, faktycznie podpisana na przykład 15 listopada, ma datę 10 listopada. Wszystko to ma swój cel. Na pewno nie jest nim uczciwość, bezinteresowność i dawanie komuś czegoś za darmo. „Kupiłem buty” – te niemalże już sakramentalne słowa, to rodzaj znanego wszystkim „dzień dobry”, z tą tylko różnicą, że przeznaczonego na zupełnie inne okoliczności. Witają się nimi konsumenci, którzy mieli nieszczęście kupić buty. W ten sposób swoje utrapienie sygnalizują pracownikom Inspekcji Handlowej lub rzecznikom konsumentów, do których zwracają się o radę, w jaki sposób rozwiązać ich – jak im się wydaje – nierozwiązywalny „buciany” problem. I nie ma się czemu dziwić, skoro niektórzy z nich otrzymują na reklamację taką oto standardową odpowiedź, że „buty są naturalnie zużyte” lub „źle użytkowane”. Jedna z klientek na przykład dowiedziała się od rzeczoznawcy, że „wygląd jej butów zimowych wskazuje na intensywne użytkowanie w dużo dłuższym czasie niż wskazuje to paragon”. Czyżby buty były używane jeszcze przed ich zakupem, czyli przed datą na paragonie? Czy paragon w ogóle może świadczyć o intensywności ich noszenia? Pani Alicja kupiła córce drogie sportowe obuwie, produkcji renomowanej firmy z nadzieją, że wybór taki zapewnia ich jakość, trwałość, wygodę i zadowolenie z właściwie ulokowanych pieniędzy. Niestety, po niecałych dwóch miesiącach użytkowniczka stwierdziła uszkodzenie jednego z butów. Zdaniem córki i matki markowe buty, za taką cenę i noszone tak krótko, nie powinny ulec tak dużemu uszkodzeniu, nawet po lekkim obtarciu bądź zahaczeniu. Złożyły więc reklamację, na co sprzedawca, ustami rzeczoznawcy, odpowiedział, że uszkodzenia mają charakter mechaniczny, a winę za nie ponosi użytkownik, gdyż ich przyczyną nie jest zła jakość materiałów. O wymianie butów ani o zwrocie pieniędzy nie może być zatem mowy. W odpowiedzi na pismo mediacyjne Inspekcji Handlowej, do której klientka zwróciła się o pomoc, właściciel sklepu podtrzymał decyzję o odrzuceniu reklamacji. Zajęcie takiego stanowiska wyjaśniał tymi słowy: „Nie można twierdzić, iż uszkodzenie mechaniczne jest wynikiem złej jakości zastosowanych materiałów i [obuwie – przyp. red.] nie jest trwałe. Inaczej musielibyśmy twierdzić, że nowo zakupiony samochód, który na przykład uderzył w drzewo i został zniszczony, dlatego jest zniszczony, iż został wykonany z kiepskiego materiału”. Jeśli coś tu jest kiepskie, to na pewno tłumaczenie sprzedawcy.
Reklama prawdę Ci powie? Władzę nad nami objęły reklamy. Są wszechmogące i wszechobecne. Żyjemy praktycznie w ich świecie. Spotykamy je w miejscach zwykłych: w gazecie, radiu, telewizji, skrzynce na listy i na ulicy oraz w mniej zwykłych: za wycieraczką samochodu stojącego na parkingu, na wycieraczce pod drzwiami, klamce, długopisie, batoniku, paczkach, paczuszkach i gdzie popadnie. Reklama stanowi narzędzie handlowców skrzętnie przez nich wykorzystywane w walce o kieszenie klientów. Bywa – jakże często – że jest stosowana do całkiem niecnych celów. Najeżona pułapkami, jest tym bardziej niebezpieczna, że podstęp czai się w najmniej spodziewanym miejscu i na jaw wychodzi zbyt późno, aby klient mógł uniknąć jego zgubnych dla siebie skutków. Żeby nie być gołosłownym. Przykładów nie musieliśmy długo szukać. Wystarczył rzut oka na zeszłotygodniowe wydania niektórych gazet. Strony zasłane różnobarwnymi ofertami sklepów ze sprzętem komputerom. Jedna z nich już z daleka woła: „Najniższa rata w Polsce!”. Czy to chwyt reklamowy, czy szczera prawda - sprawdzić nie sposób (no bo czy kto zdoła porównać tę propozycję z setkami, tysiącami, dziesiątkami tysięcy innych jej podobnych, w całej Polsce), ale napisać w reklamie - nie zaszkodzi. Może kto uwierzy, lub - mniej elegancko - da się nabrać! Ta sama reklama krzyczy: „trzy lata gwarancji”. Już my znamy tę firmę i te jej trzy lata. Takiej prawdziwej gwarancji, jak ją każdy rozumie, jest wyłącznie rok. Pozostałe dwa to tylko obietnica darmowego przeglądu sprzętu w celu stwierdzenia przyczyn usterki, a jej naprawa - to już za pieniądze. Ot! – i bajka cała. Inny reklamodawca wyrazistą czcionką podaje ceny dostępnych u niego komputerów – bardzo atrakcyjne. Czy aby na pewno? Żeby dotrzeć do prawdy – a chyba nie wielu ta sztuka się uda - trzeba wytężyć wzrok i dojrzeć wydrukowaną drobniuteńką czcionką, pionowo, na skraju reklamy informację, że ceny nie zawierają podatku VAT, i że mogą ulec zmianie. Niektórzy wierzą, że „wróżka prawdę im powie” - być może więcej niż niejedna reklama.
Polacy nie gęsi Lekceważenie dla prawa już dawno przekroczyło u nas wszelkie granice. I usprawiedliwieniem tego nie może być fakt, że nie zawsze jest ono najwyższych lotów. Ustawę o języku polskim, skądinąd bardzo praktyczną i pożyteczną dla wszystkich, wyśmiał pewien przedsiębiorca z Bożej łaski, prowadzący do niedawna bufet w szkole wyższej. Dowcipniś - ignorant nazwał ją ustawą „o najczystszej czystości czystego języka polskiego”. Na umieszczonej na drzwiach swojego interesu wywieszce zaproponował, aby hamburgera przemianować na swojski „bułomięs”, fishburgera na „rybułę”, a cheeseburgera, czyli bułkę z serem, na „bułsromięs” itp. W tym radosnym słowotwórstwie i nieznajomości prawa (bo trudno go o to podejrzewać, biorąc pod uwagę wyniki kontroli Inspekcji Handlowej w bufecie) nie spostrzegł biedaczysko, że nazw własnych nie trzeba przerabiać na polski, a więc, idąc jego tropem, „hot – doga” na „gorącego psa”. Wyglądałoby to i śmiesznie i sztucznie. Celem ustawy, w przeciwieństwie do zamierzeń przedsiębiorcy, nie jest wyśmiewanie kogo lub czegokolwiek. W swej złości, że ktoś ośmielił się zwrócić mu uwagę, pokąsał też Inspekcję Handlową. No bo jak to być może, aby żądać od niego podawania studentom w cenniku ceny i wagi np. porcji frytek. Toż to jakaś fanaberia. Zaproponował też całkowite zlikwidowanie filologii obcych, „bo przecież to wylęgarnie recydywistów, którzy łamią prawo nagminnie!”. Tylko brak dobrej woli i nie uznawanie jakichkolwiek reguł mogły zrodzić tę złotą myśl. Ustawa o języku polskim jest po to, aby szansę zrozumienia treści obcojęzycznych etykiet, reklam, instrukcji obsługi, kart gwarancyjnych i innych informacji, w sklepach, restauracjach, barach, urzędach, dać nie tylko poliglotom i filologom, ale wszystkim Polakom. Jeżeli już ciągnie kogoś do wielkiego świata może wywiesić w sklepie napis „sale”, ale obok niego, równie dużym drukiem, powinien umieścić starą, dobrą, polską „wyprzedaż”. Moda na promocje przywędrowała do nas z zachodu i czuje się chyba dobrze. Znacznie lepiej, niż klienci, którym wydawało się, że na promocji zrobili dobry interes, ale srodze się zawiedli. Nadużywane przez niektórych handlowców „wyprzedaże”, „najniższe ceny” „niepowtarzalne okazje” i „promocje” biją po oczach w sklepach dużych i małych, i dla nich są złotym interesem. Gdyby było inaczej przecież by ich nie organizowali. Dobrze, gdy korzyści z promocyjnego handlowania odnoszą i klienci i sprzedawcy. Gorzej, gdy zyski z tego są jednostronne. Nie każda promocja zasługuje na to miano. Jakiś czas temu pewien handlarz obuwiem użył, w bardzo niecnych celach, hasła „obniżka”. Dobrze wiedział, że klienci polecą na nie jak muchy na lep, i się nie pomylił. Na wywieszkach w swoim sklepie podawał dwie ceny butów – jedną aktualną, po obniżce, drugą, przekreśloną, obowiązująca jakoby przed nią. Tylko, że ta druga nigdy nie istniała. Wzięła się z sufitu, bo buty nigdy nie kosztowały więcej. Kupujący o tym nie wiedzieli i niczym małe dzieci cieszyli się, że ktoś chce ulżyć ich kieszeniom, i kupowali... kupowali, do czasu aż sprzedawca został przyłapany na tej, bądź co bądź, sprytnej manipulacji.
Opinie niektórych rzeczoznawców nieustannie przyprawiają kupujących o prawdziwy ból głowy. Od lat swoimi oryginalnymi pomysłami raczy nas jeden z nich. Nie tak dawno do Inspekcji Handlowej przyszła klientka, która trzykrotnie bezskutecznie reklamowała skórzaną torebkę. Za każdym razem rzeczoznawca utrzymywał, że nic się jej nie należy, bo z torebką wszystko jest w porządku, a nawet, jeśli coś jest nie tak, to klientka widziała przecież co kupuje. Swoje opinie ubierał w słowa, które bardziej przystoją artyście kabaretowemu niż fachowcowi z branży skórzano - obuwniczej. Za pierwszym razem klientka przeczytała, iż „torba podlegała deprecjacji gatunkowo – cenowej stąd cena 69 zł”. Co miał na myśli pisząc o owej „deprecjacji” - nie wyjaśnił. Kiedy i kto torebkę tak „zdeprecjonował”, czyli, najprawdopodobniej, obniżył jej wartość, też nie ujawnił. Najważniejsze, aby reklamację odrzucić. Widocznie klientka nie zrozumiała, co znaczy ta „deprecjacja”, gdyż ponownie złożyła reklamację. Rzeczoznawcę bardzo to rozgniewało, bo przecież jak można nie rozumieć tak jasnej, obiektywnej i fachowo sporządzonej opinii... Tym razem poradził klientce, by wystąpiła z pozwem do Sądu Rejonowego – Wydział Cywilny. Ta, wyraźnie już zirytowana, nie dała za wygraną. Złożyła reklamację po raz trzeci. Zażądała w niej ponownej opinii, ale wykonanej przez innego rzeczoznawcę. No tego już za wiele! - pomyślał nasz rzeczoznawca - i w odpowiedzi na taką zuchwałość klientki napisał: „Proszę nie obliczać ilości reklamacji, nie ma to żadnego znaczenia. Wyimaginowane roszczenia dotyczące rzeczoznawcy”. Ponownie poradził, aby ze sprawą udała się do sądu.
Pewien klient chciał oddać do sklepu transporter z butelkami po piwie, które, jak stwierdził, wcześniej tam kupił. Nie byłoby w tym nic zaskakującego, gdyby nie to, że z tego oddawania zrobiła się niezła draka. Mężczyzna chciał, aby sprzedawczyni wypłaciła mu za nie pieniądze. Nie miał jednak paragonu, który potwierdzałby, że przy zakupie zapłacił za butelki kaucję. W tej sytuacji ekspedientka nie dała pieniędzy. Klienta bardzo to rozgniewało. Żeby wyrównać sobie rzekome straty, samowolnie zabrał ze sklepu... worek wapna. Tłumaczył, że sklep i tak wyszedł na swoje, bo wapno kosztowało mniej niż kwota, jaką powinien dostać za butelki. O tym nagannym występku klienta sprzedawca powiadomił policję. W efekcie za zabór cudzego mienia klienta spotkała kara grzywny w wysokości 100 zł. „Stwierdzam liczne otarcia i rany kłute”. To cytat z dokumentu, który pochodzi... no właśnie skąd? Narzuca się odpowiedź, że z materiałów policji lub z prokuratury. O nie! To nie jest fragment protokołu sekcji zwłok tylko... opinia rzeczoznawcy na temat stanu obuwia. Kto je tak urządził? Zdaniem rzeczoznawcy – oczywiście ich użytkownik. Nie do śmiechu jest osobom, które otrzymują opinie rzeczoznawców o stanie ich obuwia, oddanego do reklamacji. Za to tak zwani „fachowcy” z branży obuwniczej dysponują dużym poczuciem humoru. Potrafią rozbawić do łez. „Wierzchy obuwia były zbyt luźno wiązane, co spowodowało przetarcie napiętków – reklamacja bezzasadna” – wyrokuje rzeczoznawca. „Obuwie było noszone na mokrej nawierzchni. Do chodzenia po wodzie służą gumiaczki” – stwierdza inny. Według niektórych rzeczoznawców buty najczęściej są naturalnie zużyte lub źle użytkowane. „Wygląd butów zimowych wskazuje na intensywne użytkowanie w dużo dłuższym okresie czasu niż wskazuje to paragon”– stwierdził jeden z nich. Jak należy to rozumieć? Czyżby buty były używane jeszcze... przed ich zakupem, czyli przed datą na paragonie? Czy paragon w ogóle może świadczyć o intensywności ich noszenia? Co fachowiec miał na myśli - wie tylko on sam. Inny specjalista, po obejrzeniu obuwia, orzeka, że klientka utraciła uprawnienia z tytułu rękojmi. O co chodzi? Na podstawie wyglądu obuwia rzeczoznawca dowiedział się, że reklamacja została złożona po terminie i z tego też powodu należy ją odrzucić. |